nikt mnie nie zmuszał sam tego chciałem
Wspaniały i wyjątkowy, bo prezentuje seniorów – podopiecznych stowarzyszenia – a także gwiazdy i celebrytów. Nazwa tej publikacji jest szczególna i brzmi: OBECNOŚĆ, bo ma nam uzmysłowić, że dla osób starszych szczególnie ważna jest obecność drugiego człowieka. Więc jeśli nadal myślisz: „NIKOGO nie obchodzę. NIKT mnie
Tłumaczenia w kontekście hasła "żebym nie zmuszał" z polskiego na angielski od Reverso Context: Prosisz mnie, żebym nie zmuszał cię do błagań. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja
Wiem, że jej nikt nie zmuszał. Przy kręceniu tych scen była jej matka bodajże, były jej zgody itd. Chodzi mi o pewien brak konsekwencji prawnejposiadanie materiałów z roznegliżowanymi nieletnimi (dla mnie osoba nieletnia to poniżej 18r życia), zwłaszcza w kontekście seksualnym czyli scenach seks lub "innych czynności seksualnych" jest, z tego co wiem, NIELEGALNE :) Zatem
„Dopiero wieczorem dotarło do mnie, że Bożena odeszła. Wolała sama mnie opuścić, niż czekać, aż każę jej się wynosić. Bolało. Znowu mi nie zaufała na tyle, by pozwolić mi zdecydować. A może odeszła, bo skoro się wydało, już nie musiała udawać? Może wcale mnie nie kochała, tylko stworzyła sobie iluzję miłości, której tak bardzo jej brakowało?”.
Chcesz, to weźmiesz mnie, nie chcesz, nie weźmiesz.Prokop wzruszył ramionami.— Jakże a mogę ciebie wziąć, do domu obcego człowieka puścić?— Ja i nie napraszam się.— To i mądrze robisz. Nie znam ciebie ani nikt ciebie tu nie zna. Sam rozumiesz. Może ty i dobry człowiek, bez żadnych złych zamiarów, ale może i zły.
Site De Rencontre Cote D Ivoire. Pan Michał jest bezdomny. Choć ma za sobą kilka wyroków, bardzo chce, by jego ścieżki w końcu zaczęły się prostować. I tak się dzieje. Zrobił kilka kursów zawodowych, pracował, gdzie mógł. A potem przyszedł koronawirus. Mimo wszystko nie traci nadziei i mówi, że skoro jest wierzący, to musi żyć dobrze.„Duszę miałem trochę rogatą”Pan Michał ma 64 lata, urodził się na Solcu w Warszawie, wychował na Grochowie. Jak sam o sobie mówi, „duszę miał trochę rogatą”, więc i w szkole trudno było się utrzymać. Wywalali, choć stopnie miał jako takie, tylko zachowanie nie najlepsze. – Zawsze wchodziłem w jakieś nienormalne sytuacje, z własnej woli oczywiście, nikt mnie do tego nie zmuszał. No i tak to się umarł, gdy pan Michał miał 6 lat. Mama wychowywała go sama. Kiedy zachorowała na płuca, trafił do domu dziecka. Miał jeszcze babcię, ale ta chorowała na astmę, więc nie mogła się nim zająć. Po domu dziecka był zakład potem pierwszy wyrok, kolejny… W sumie około 12 lat. Ostatni raz w więzieniu był dwa lata temu. – Znowu towarzystwo, trochę łatwiejszego życia. Pieniądze robią swoje, a ja jakoś nie potrafiłem uczciwie zarobić. I tak się zaczęły a to oszustwa, a to złodziejstwa, kombinacje, lewe handle, dancingi, knajpy, dolary… A jak interesy, to i gorzała, ale jakoś nie wpadłem w picie. Bokiem mi to omija Grochów, bo „zna te mety, i wie, że to nie byłaby szczęśliwa impreza”. Twierdzi, że „w więzieniu nie powinno być dobrze, żeby człowiek nie wracał”.„Wylądowałem w lesie”Nie zawsze był bezdomny, nie zawsze mieszkał w lesie. Teraz, z przerwami na więzienie, las jest jego domem od 8 lat. – Jak miałem wynajęty pokój na trzy dni w hostelu, to ściągnąłem kołdrę i poszedłem na podłogę, bo mi było za miękko, nie chciałem się że nawet zaczęło mu się w tym lesie podobać. Ma tu „Boże radio – śpiewające ptaki, dywany z trawy i niebo, i gwiazdy”. Żartuje, że 5 razy w roku zmienia ściany i sufity. – Jak jest ulewa, to trochę zmoknę, ale nie bardzo. Zbudowałem sobie taką gawrę w tym lesie. Mam taki kij, mojego pomocnika, bo w tym lesie różnie bywa, czasem tam biją bezdomnych, okropne czasy, więc trzeba się bronić. Tam sobie śpię tak do wysypiam się, nikt mi nie chrapie, najwyżej ptak czy jeż, jak mu w puszce zostawię trochę jedzenia. Parę razy dzik do mnie podszedł. Ale zwierzę normalnie nie rusza człowieka, to człowiek dla człowieka jest czasem jak zwierzę…Na Grochowie ma starych znajomych, ale nie chce do nich wracać. Raz nawet jednego spotkał, ale, jak mówi, jakby wsiadł do jego mercedesa i pojechał na stare śmieci, to „byłoby to samo, co wcześniej”. Mówi, że to przez wiarę. Jest teraz chrześcijaninem i chce żyć uczciwie. – No prowadziłem to życie tak, jak prowadziłem. Nie ma innej drogi, taką mam, chcę ją teraz przejść z Bogiem. Nie dlatego, że się boję, że nie będę miał życia wiecznego, nie o to chodzi. Po prostu że „głowę ma jeszcze trochę w więzieniu, a obowiązki już wolnościowe”, dlatego momentami nie jest mu łatwo. Ale stara się doceniać pomoc, którą otrzymuje i z nadzieją patrzy w przyszłość. – Mam dobrych urzędników, robią, co mogą, żeby mi pomóc, ale też mają swoje ograniczenia.„Zapragnąłem być ochrzczony”– Pewnego dnia na tych ulicach, bo byłem tam już parę lat, pomyślałem, że coś muszę zmienić. Nie byłem ochrzczony, bo mój ojciec był z KPP (Komunistyczna Partia Polski), rodzice nie przywiązywali do tego wagi. Poszedłem do brata Michała, kapucyna, i powiedziałem, że chcę się ochrzcić. Zacząłem chodzić na religię, uczyć się do chrztu, no ale znowu musiałem iść siedzieć. Nie było mnie dwa lata. Po powrocie chwilę znów się przygotowywałem, ale znowu mnie zwinęli, no i zniknąłem tym razem na cztery lata… Po powrocie wróciłem do kapucynów i znów zapragnąłem być cztery lata, o których mówi pan Michał, to sprawa za oszustwa finansowe, do których ostatecznie sam się przyznał, bo gryzło go sumienie. – Ja nie mam do nikogo pretensji, tak nawywijałem, że musiałem zostać ukarany. Siedziałem za swoje, zasłużyłem na to.– Czemu właściwie chciał się pan ochrzcić? – pytam. – No bo uwierzyłem, że jest Bóg, że jest Jezus Chrystus. Raz, jak byłem w celi, miałem takie wewnętrzne doświadczenie, zobaczyłem taki mur, który się wali. I zrozumiałem, że trzeba zacząć rozwalać ten mur od środka, od swojego wnętrza, bo z zewnątrz to nic nie da. Po chrzcie brat Michał powiedział mi, że moje grzechy są odpuszczone, ale mam sumienie, no i właśnie to sumienie mi nie dawało wtedy mówi, nie jest łatwo być wierzącym i żyć przykazaniami. – Mam lata naleciałości, nie da się tak od razu zmienić, ale krok po kroku… Trudno mi nieraz przebaczać, a powinien, bo jestem chrześcijaninem. Albo wierzysz, albo nie wierzysz. Nie ma, że jutro albo pojutrze… Ale najpierw musiałem siedzieć, żeby to zrozumieć.„Jezusowi najwyraźniej coś się we mnie spodobało”Ważną osobą w życiu pana Michała jest Joanna, którą bezdomni nazywają „mamą”. Nią też się stała dla pana Michała. Z tym, że chrzestną.– Poznałem panią Joannę. Ona mi zaufała, takiemu wariatowi, spojrzała na mnie raz, drugi, trzeci, i powiedziała – „wierzę w ciebie”. Jak to usłyszałem, to pomyślałem, że muszę coś ze sobą zrobić, że muszę iść do że w jego życiu wiele jest sytuacji, które sprawiają, że nie może nie wierzyć. Za cud uważa np. to, że spotkał panią Joannę. I to: – Po chrzcie, wchodząc do lasu, ktoś może powiedzieć, że byłem pijany, ale nie, ja wtedy, chyba oczyma duszy, widziałem Jezusa Chrystusa, który był uśmiechnięty, nie taki poważny, jak na obrazach. I wtedy pomyślałem, że coś Mu się we mnie spodobało, skoro tak się uśmiecha.„Chciałbym uczciwie pracować”Pan Michał przed epidemią koronawirusa pracował w różnych miejscach. Zrobił nawet kursy zawodowe, ma uprawnienia pomocnika kuchennego i pomocnika gospodarczego. Odbył też staż. Żeby mu „żadne głupoty do głowy nie wpadały”, chodził też pomagać ojcom kapucynom, którzy prowadzą jadłodajnię dla organizował sobie czas, by od rana mieć zajęcie. Teraz jest gorzej. – Najgorsza jest sobota i niedziela, bo wszystko jest pozamykane, nie ma gdzie pójść. Siedzę trochę w parku, jeżdżę metrem, no i tak mi ten czas leci, raz pada deszcz, raz jest pan Michał mimo wszystko nie narzeka i ma nadzieję na lepszy ma plany? Uczciwie pracować, wynająć jakiś pokój. – Dwa tysiące by mi wystarczyło, mało jem, żołądek mi się przez to moje życie skurczył. Chcę normalnie, uczciwie żyć. Trochę jest z tym problemów, ale mam nadzieję, że to wszystko się poukłada. Uważam, że bardzo dużo ludzi mi pomaga, nawet bardziej niż także:Kard. Krajewski: biskupi, kardynałowie, księża, wyjdźcie do bezdomnych!Czytaj także:Po latach fotografowania osób bezdomnych znalazła wśród nich… swojego ojca
no one forced Jeśli to coś warte, nikt nie zmuszał Sary do zrobienia tego, co zrobiła. You know, for what it's worth, no one forced Sara to do what she did. Pozywasz NFL, gdy nikt nie zmuszał cię do gry w piłkę nożną. Suing the NFL when no one forced you to play football. nobody forced Ale ciebie nikt nie zmuszał do gry na dwie strony. But nobody forced you to play both sides. Tak jak mnie nikt nie zmuszał, żebym szedł do Algerii! The same way nobody forced me to go to Algeria! nobody made Tamtej nocy nikt nie zmuszał mnie do niczego. Nobody made me do anything that night. Nikt nie zmuszał cię, abyś sprzedawał broń terrorystom. Nobody made you sell guns to terrorists, either. More translations in context: no one made ...See how “nikt nie zmuszał” is translated from Polish to English with more examples in context
Dawid Hanc, obecnie piłkarz rezerw Zagłębia Lubin, zyskał w Polsce popularność dzięki pewnemu filmikowi, który z pewnością widziała większość z Was. Co dziś dzieje się z „Młodym następcą Cristiano Ronaldo”? Jakie były kulisy powstania tego legendarnego już filmiku? Na wszystkie nurtujące pytania odpowiedział w rozmowie z portalem „ sam zainteresowany. 23 września 2012 roku. To właśnie wtedy w internecie, a dokładnie w serwisie youtube, pojawił się film z udziałem Dawida Hanca. Za nagranie materiału odpowiadał ojciec Dawida, który nazwał film z umiejętnościami swojego syna „Młody następca Cristiano Ronaldo Dawid Hanc 10 lat”. Tytuł okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż do dziś film uzbierał ponad 34 miliony wyświetleń! W 2018 roku próbowano powtórzyć sukces sprzed lat, jednak nowszy materiał z umiejętnościami Hanca obejrzano „tylko” 360 tysięcy razy. Głównie przez chwytliwy tytuł film zyskał dość dużą popularność w Polsce. Jako że w 2012 roku youtube nie był tym, czym jest teraz, to nagranie zostało obejrzane wiele razy także poza granicami naszego kraju. Film z udziałem obecnego piłkarza Zagłębia Lubin zyskał tak dużą popularność, że na różnego rodzaju grupach czy forach co jakiś czas wraca jego temat. Hanc drugim Ronaldo nie został, obecnie gra w rezerwach Zagłębia Lubin. Obecnie III liga Kariera Dawida Hanca z pewnością nie potoczyła się tak, jakby chciał tego zarówno sam piłkarz, jak i jego ojciec. Obecnie Dawid ma 19 lat i po kilku latach treningów w akademii Zagłębia Lubin, wciąż nie doczekał się debiutu w pierwszej drużynie. W tym sezonie 19-latek rozegrał 13 spotkań na poziomie III ligi, gdzie zdołał strzelić do tej pory jedną bramkę. W ostatnim czasie miał okazję trenować z pierwszą drużyną, jednak na ten moment do Ekstraklasy jest mu jeszcze daleko. – Pracuję na to, żeby dostać szansę pokazania się w Ekstraklasie. Chcę profesjonalnie grać w piłkę, wszystko poukładałem pod ten sport. Wierzę, że to zaprocentuje w przyszłości. Nie chcę deklarować, że za kilka lat będę grał w Ekstraklasie czy w ligach zagranicznych, bo nie wiem co przyniesie przyszłość. W piłce trzeba mieć szczęście i musi też dopisywać zdrowie – powiedział Dawid Hanc. Kulisy powstania filmu Tak jak już wspomnieliśmy, za nagraniem filmu stał ojciec Dawida Hanca, Bogdan. W najnowszym tekście na portalu „ pojawiły się wypowiedzi zarówno syna jak i ojca. Jak się okazuje, to ojciec piłkarza zainicjował nagranie i wrzucenie filmu do sieci, a Dawid się na to zgodził. – Pamiętam, że wyszło to intuicyjnie. Byłem z tatą na boisku i w pewnym momencie powiedział mi, że będzie mnie nagrywał i zasugerował, żebym porobił parę zwodów. Od tego się zaczęło, a później sukcesywnie dogrywane były kolejne fragmenty, które zostały wykorzystane w tym głównym filmie. Tata mi mówił, że zrobił to po to, żeby później łatwiej mi było trafić do innych klubów, którym porozsyła ten film – opowiedział Dawid Hanc. – Myślę, że najważniejsze było to, że tata nic nie robił za moimi plecami. Wszystko mi mówił i ze mną konsultował. Do niczego mnie nie zmuszał. Też chciałem, żeby powstał ten film. Ani tata ani ja nie znaliśmy się na montażu. Pomógł nam mój kuzyn, dodał fajną muzyczkę, a decyzja o publikacji tego filmu była nasza wspólna – zaznaczył piłkarz. – Pomysł był taki, żeby nagrać to, co potrafi Dawid i pokazać to też innym. Aczkolwiek nikt nie sądził, że to zrobi taką furorę w sieci. Historia jest taka, że po prostu wziąłem zwykły aparat i nagrałem filmik, a decyzja o publikacji była nasza wspólna – dodał ojciec 19-latka. źródło: weszło About Latest Posts Przygodę z pisaniem tekstów rozpocząłem w 2018 roku. Regularnie śledzę kilka dyscyplin sportowych, lecz piłka nożna jest dla mnie numerem jeden. Na co dzień jestem studentem drugiego roku ekonomii. W wolnym czasie staram się regularnie uczęszczać na siłownię.
Wycisnął pan z kariery bokserskiej wszystko, co się dało? Gdy przechodziłem na zawodowstwo modliłem się, aby zdobyć tytuł mistrza świata. Pan Bóg nie był skąpy, dał mi pasy w dwóch kategoriach wagowych. Chciałem dokonać tego w trzeciej, ale nie wyszło. Po porażkach myślałem, że chyba czas kończyć, ale ciągle pojawiają się kolejne oferty. Ostatnio siedziałem w domu prawie rok. Ruszałem się, biegałem, ale nie myślałem o boksowaniu, a tu znowu propozycja. Przyjechał Mateusz Borek i mówi, że mój występ to byłby dobry pomysł, bo nowe gwiazdy jakoś się nie rodzą. Porozmawiałem z żoną i jestem w Polsce. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wraca pan z nudów, prawda? Gdzieś pan tak napisał i to prawda. Nie muszę szukać w ringu pieniędzy, ale czuję się dobrze fizycznie i chcę spróbować. Kiedy tak naprawdę był pan bliski końca? Pamiętam, gdy rozmawialiśmy dzień po porażce z Wiaczesławem Głazkowem i wtedy był pan dużo bardziej załamany, niż choćby po przegranych z Chadem Dawsonem czy Witalijem Kliczko. Myślałem, że faktycznie to będzie koniec. To prawda. Zawsze po porażce przychodzi myśl o końcu boksowania, człowiek czuje się znużony boksem i zadaje sobie pytania: co zrobił nie tak? A wtedy, z Głazkowem, mogło być inaczej. Wszedłem do ringu po grypie, lekko osłabiony, ale nie szukam usprawiedliwień. Chciałem wejść między liny, nikt mnie przecież nie zmuszał. Przegrałem, koniec historii. Nie wychodziło mi to, czego chciałem. W ostatnim pojedynku przegrałem z Erikiem Moliną. Walczyliśmy w sobotę, a ja obudziłem się tego dnia rano i od początku było jakoś inaczej. Nie czułem się świeży. To się zdarza wielu zawodnikom. Myślę, że Władymir Kliczko musiał czuć coś takiego w dniu pojedynku z Tysonem Furym. Gość, który w sztosie mógłby rozpracować Brytyjczyka jedną ręką, nagle przegrywa. Kiedy był pana najlepszy czas? Nie mam pojęcia. Było fajnie w kategorii półciężkiej, ale męczyłem się zrzucaniem wagi. Robiłem wszystko, żeby nie przekraczać 86 kilogramów, a później, przed walką, zakładałem ortalionowe dresy i szedłem do roboty, żeby zmieścić się w limice (79,379 kg – przyp. red.). Nie piłem, tylko chudłem. Do Dawsona zrzucałem z dziesięć kilogramów, cały czas trenując. No i wyszła lipa. Tych sposobów na zrzucanie było mnóstwo. Leżało się na przykład w gorącej, niemal wrzącej wodzie. Parzyło jak nie wiem, ale skutkowało, choć człowiek czuł się osłabiony. Takie metody stosowało się w naszym sporcie najczęściej dzień przed ważeniem. Najbardziej popularny sposób to jednak ten ortalion i sauna. To tragedia, najbardziej wyniszczająca rzecz w karierze. Gdybym miał po dwóch walkach z Paulem Briggsem taki rozum, jak teraz, od razu poszedłbym do kategorii junior ciężkiej. Ciągle jednak słyszałem, że tam są wielkie chłopy, którzy mocno biją, więc walczyłem z wagą. W końcu jednak musiałem wykonać ten krok. A waga junior ciężka okazała się dla pana idealna. Teraz mogę sobie gdybać... Gdybym mógł cofać czas, do walki z Kliczko we Wrocławiu trenowałbym w Polsce. Ziggy Rozalski mówił mi to od początku, ale uznałem, że skoro przed pojedynkiem z Andrzejem Gołotą przyleciałem ledwie dziesięć dni przed wejściem do ringu i czułem się dobrze, to po kilku latach będzie tak samo. A nie było, okazało się, że z wiekiem człowiek wolniej się aklimatyzuje. Przed Kliczko był pan też całkiem odcięty od ludzi. Przy okazji innych walk częściej bywał między znajomymi. Zmiana nawyków przed walką życia to też chyba błąd. Bardziej męczyły mnie dojazdy. Mieszkaliśmy daleko, codziennie po półtorej godziny w samochodzie w jedną stronę i tyle samo z powrotem. A samotność? Czasem lubię pobyć ze sobą, choć może faktycznie ma pan rację? Cóż, popełniam błędy, tak jak wszyscy. Skoro już sobie gdybamy, to jeszcze jedno zrobiłbym inaczej – wcześniej wyjechałabym z rodziną do USA, najlepiej w 2002 roku, a nie sześć lat później. Od razu wiedział pan, że tam zostanie? Gdy zdobyłem pas, poczułem, że tam jest moje miejsce. Dzisiaj trudno mi sobie wyobrazić, że wrócę, w zasadzie nie ma takiej możliwości. Młodsza córka mówi pewnie lepiej po angielsku niż po polsku. O pisaniu nawet nie wspominam. A i tak cały czas razem z żoną z tym walczymy, bo inaczej byłoby gorzej. W domu nie ma innego języka niż polski. Gdy odzywa się do mnie po angielsku, mówię, że nie rozumiem. Ma mówić po polsku i już. Trzeba jednak pamiętać, że Roksana miała prawie osiem lat, gdy się przeprowadziliśmy. Całymi dniami jest w szkole i na różnych zajęciach, gdzie mówi się po angielsku, więc jak ma być inaczej? Gdybyśmy tego nie pilnowali, może już przestałaby mówić w naszym języku. Starsza Weronika miała dwanaście lat, gdy wyjeżdżaliśmy i mówi po polsku lepiej, choć też woli angielski. Obie mówią też po hiszpańsku, bo w szkole to drugi język. W Ameryce jest też z panem pies. Podarował go wam Bogusław Bagsik, przez chwilę zajmujący się promotorką. Tiffy! Ciągle jest z nami, choć jest już stara. Czasem się nawet przewraca bez powodu. Kiedyś patrzę, a ona leży. Myślałem, że nie żyje. Dotykam, a tu nic. Dziewczyny zaczęły płakać, a Tiffy nagle wstała, otrzepała się i sobie poszła. Pana kariery w USA nie byłoby bez Ziggiego Rozalskiego. Oczywiście. To człowiek, którego Bóg postawił na mojej drodze. Kiedyś jeden ksiądz powiedział mi, że widzi wokół mnie dobrą osobę. To Ziggy. Ziggy od dawna panu mówi, żeby dał pan sobie spokój z boksem, a jednak pan nie słucha. No racja... Mam swój rozum i czuję w sobie siłę chłopa. Czterdzieści lat to nie jest dużo, tym bardziej, że już od lat nie muszę zbijać wagi. Zdrowo się odżywiam, nie wstydzę się rozebrać przed żoną. A widziałem kilku kumpli w moim wieku, którzy pewnie nie mogliby tego powiedzieć. Jakby nie boks, też siedziałby pan z kolegami w Gilowicach i pił piwo. Pracowałbym pewnie na kopalni i był blisko emerytury. Przecież miałem etat w GKS Jastrzębie. Byłem górnikiem-ślusarzem i odbierałem wypłatę w okienku. Do tego trzynastkę, czternastkę, Barbórkę i węgiel. Byłem pod ziemią jakieś dwadzieścia razy. Pamiętam jedno wydarzenie. Całą grupą szliśmy pod górę do ściany. Wszyscy wiązali na nogach onuce, a mnie nie wychodziło i ciągle obcierałem pięty w gumowcach. Popędzali mnie, ale w końcu stanąłem, żeby zrobić coś z tymi szmatami na nogach i później musiałem gonić. Zobaczyłem nad głową ruchomą linę, więc wykombinowałem, że to mi pomoże w marszu i ją złapałem. Po kilkunastu metrach były rolki, wciągnęło mi dłoń, zacząłem się drzeć i wyrwałem łapę. Dobrze, że nie trafiłem w to kością, bo odcięłoby mi palce. Z tego wszystkiego spadł mi kask, zacząłem szukać lampy. Patrzę, a tu wszędzie pełno krwi. Polałem rozszarpaną dłoń herbatą, bo tylko to miałem przy sobie, a jakoś musiałem umyć rękę zakrwawioną i brudną rękę. Nie wchodziłem później z miesiąc do ringu. A wracając, gdyby nie boks, pewnie dzisiaj dalej jeździłbym pod ziemię i wracał do domu. Nie wiem tylko, czy byłoby mnie stać na piwo, bo górnicy nie zarabiają już tak dobrze. Za to faktycznie, pewnie jeszcze z rok czy dwa i miałbym emeryturę. Mogłoby się też skończyć inaczej. W barze albo pod sklepem. Najczęściej wszystko zależy od kobiety. Najczęściej jest tak, że kto ma ostrą babę, która pilnuje chłopa, żyje normalnie. Druga połowa jest ważna. Pan się zawsze boi żony? Nie boję, ale się słucham. Trzeba szanować żonę. Do tego kościół, modlitwa i rodzina. Tak wygląda moje życie. A Doroty zawsze słuchałem. Gdy wyjeżdżam, często dzwoni, nawet bardzo często. Często pan wspomina o głębokiej wierze. Bo to część mnie. Od małego tak było, tak mnie wychowano. Od drugiej do ósmej klasy byłem ministrantem. Moja żona też jest z pobożnej rodziny. Teściowa do dzisiaj chodzi na pielgrzymki w Polsce. Sam w niej uczestniczyłem, chyba dwa razy u nas w kraju dwa razy, w USA jest podobnie. Chodzimy wszyscy, razem z dziećmi do amerykańskiej Częstochowy. Śpimy w namiocie, myjemy się zimną wodą i tak dalej. Na pana walkach pojawiało się zawsze sporo księży. Najwięcej, w Prudential Center, było chyba z pięćdziesięciu. Często słyszałem, że budowała ich moja postawa. Jeden znajomy ksiądz mówi mi, że ich czasem ludzie nie chcą słuchać. Mnie się udawało przekonywać ludzi do Boga. Roger Bloodworth, który wiele lat był moim trenerem, poszedł do spowiedzi po 27 latach! Wychowywał się pan bez taty, który zginął w wypadku. Brakowało go małemu Tomkowi? Tata zginął w listopadzie, miesiąc przed moimi drugimi urodzinami. Nie pamiętam go, choć chciałbym. Od początku więc taty nie było. Inni szli do kościoła z mamą i tatą, a ja tylko z mamą. Do tego cztery siostry. Przychodziła sobota i to ja z siekierą oprawiałem kurę czy królika. Później pojawili się szwagrowie. Całe życie z dziewczynami, bo najpierw mama i siostry, a teraz żona i dwie córki. Coś w tym jest. Nauczyłem się więc sprzątać, gotować, cerować i haftować. Potrafię też piec. Ciasto drożdżowe wychodzi mi naprawdę nieźle. Żonę tego nauczyłem! Zarabiałem ciasto ręcznie i dalej do piekarnika. Zresztą moja mama była kucharką, więc jak miało być inaczej? Kobiece zajęcia naprawdę nie są mi obce. Dzisiaj zdarza mi się coś przygotować, ale raczej mięso z grilla. W domu są trzy kobiety, więc nie podchodzę w święta do robienia sałatek. No bez przesady... A i niech córki się uczą, przyda im się w życiu.
fot. Adobe Stock Właśnie mija dziesięć lat od czasu, kiedy wzięliśmy z Adamem ślub. Mamy piękny dom, wychowujemy dwoje dzieci, właściwie to ja je wychowuję, bo Adam bardzo dużo pracuje i na nic innego nie ma już czasu. Jesteśmy zgodnym małżeństwem, nie ma u nas kłótni, awantur ani nawet cichych dni, ale nie ma również namiętności. Nie czuję i nigdy nie czułam w obecności swojego męża „motyli w brzuchu”. Wydawało mi się, że w ogóle nic takiego nie istnieje, że to tylko na użytek romansów pisarze wymyślili tego typu określenia. „Motyle w brzuchu”, „Nogi jak z waty” – cóż to niby miałoby znaczyć? Ja nie wiedziałam. Adama poznałam w szpitalu, kiedy moja kochana babcia leżała tam po wylewie Babcia Kasia, jedyna bliska mi osoba, najdroższa i najtroskliwsza opiekunka. Zawsze byłyśmy razem i zawsze tylko we dwie. Rodziców nie pamiętam, zginęli w wypadku, kiedy byłam bardzo malutka. Ja zostałam z dziadkami, a potem, po śmierci dziadka, już tylko z babcią Kasią. Nie było nam łatwo, ale dokąd babcia była zdrowa, jakoś dawałyśmy radę. Miałam rentę po rodzicach, babcia niewielką emeryturę, trochę dorabiała szyciem i jakoś było. Zaczęła chorować, kiedy byłam w liceum. Chodziła od lekarza do lekarza, brała leki, które kosztowały majątek, a niewiele pomagały. Widziałam, że nie czuje się najlepiej. Powtarzała jednak zawsze: – Nic mi nie będzie. Muszę zobaczyć, jak moja wnusia zostaje magistrem, wychodzi za mąż i układa sobie na pierwszym roku studiów, kiedy babcia dostała wylewu. Sąsiadka wezwała pogotowie, przyszła akurat z jakimiś poprawkami krawieckimi. Lekarz powiedział mi później, że powinnam Bogu dziękować, że tak się stało, bo gdyby babcia była sama, to zanim wróciłabym do domu, na pomoc byłoby już za późno. Pani Krysia zadzwoniła do mnie na komórkę. Przyjechałam do szpitala prosto z uczelni. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Siedziałam na krzesełku w korytarzu szpitalnym i byłam w takim szoku, że nawet nie płakałam. Nie wiedziałam, co robić, do kogo się zwrócić o pomoc. Lekarz, który zajmował się babcią, powiedział tylko: – Musimy czekać, na razie nie umiem pani powiedzieć, co będzie dalej. Siedziałam więc i czekałam. Nie wiedziałam już, czy minęły dwie godziny, czy dwadzieścia. Czułam się jak mała, zagubiona dziewczynka. I wtedy poczułam na ramieniu dotyk czyjejś ręki. Nie miałam nawet siły podnieść głowy, gdy usłyszałam nad sobą męski głos: – Źle się pani czuje? Może mógłbym w czymś pomóc? Spojrzałam na niego dopiero, kiedy usiadł obok na krześle. Był starszy ode mnie, nie wiedziałam o ile, ale chyba sporo. Miał krótko obcięte włosy, ciemne, prawie czarne oczy i cienką bliznę nad prawą brwią. Biały uniform świadczył o tym, że był lekarzem w tym szpitalu. – Może mógłbym w czymś pani pomóc – powtórzył. – Moja babcia tu leży – wyszeptałam. – I nie wiem, co będzie, nikt mi nie chce nic powiedzieć… – rozpłakałam się jak mała dziewczynka. – Proszę wziąć się w garść – pogładził mnie po ręce. – Trzeba wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Przyniosę pani kawy, a potem spróbuję się czegoś dowiedzieć. Siedziałam na korytarzu i piłam tę kawę w plastikowym kubeczku, a doktor Adam, bo tak mi się przedstawił, poszedł dowiedzieć się, co z moją babcią. Wydawało mi się, że bardzo długo nie wracał. Czułam się strasznie zmęczona. W końcu przyszedł i usiadł obok mnie na krześle. Pocieszał mnie, że wszystko będzie dobrze, że muszę wierzyć, że babcia jest pod dobrą opieką. Twierdził, że powinnam pojechać do domu i trochę się przespać, a gdyby coś się działo, to on do mnie zadzwoni. Ale ja nie chciałam nigdzie jechać, wydawało mi się, że dopóki tu siedzę to nic złego nie może się stać. Trwałam więc tak na tym krześle całą noc. Adam pracował dwa piętra niżej, na pediatrii, ale zaglądał do mnie kilka razy, a rano przyszedł i załatwił mi wejście na OIOM. Mogłam na chwilę zobaczyć babcię. Leżała taka biedna, taka malutka, oplątana kabelkami i podłączona do skomplikowanej aparatury. Nadal była nieprzytomna, ale lekarz twierdził, że jest lepiej. – Widzisz – Adam jakoś tak sam z siebie zaczął mi mówić na ty – mówiłem, że będzie dobrze. Odwiozę cię teraz do domu, musisz koniecznie odpocząć. – Panie doktorze – szepnęłam, ale przerwał mi: – Adam, mów mi Adam. – Weronika – podałam mu rękę. – Adam, ona nie może umrzeć, ja mam tylko ją… – Nie umrze – odparł. Krótko i zdecydowanie. Dopiero po długim czasie przyznał mi się, jak bardzo nie był wtedy pewien tego, co mówi. Zaopiekował się mną jak nikt dotąd Nie zastanawiałam się, dlaczego to robi, nie interesowało mnie to wtedy, najważniejsza była babcia Kasia. Lekarze inaczej rozmawiali ze swoim kolegą, a inaczej ze mną. To jest nasza polska, brutalna rzeczywistość – młoda, samotna dziewczyna nic nie znaczy. Pan doktor to już inna sprawa. A Adam naprawdę zajął się wszystkim. Zaglądał do babci osobiście, załatwił, że wpuszczano mnie do niej na oddział, kiedy tylko przyszłam. Kiedy odzyskała przytomność, usłyszałam, jak jeden z lekarzy mówił do drugiego, że to chyba cud. Wpadłam wtedy z płaczem do pokoju lekarskiego i rzuciłam się Adamowi na szyję. – Powiedz, że wszystko będzie dobrze, proszę cię powiedz – szlochałam. Objął mnie mocno i przytulił. – Będzie dobrze – powiedział tylko, ale w głosie miał taką pewność, że nie mogłam mu nie wierzyć. Babcia nie czuła się najlepiej, miała kłopoty z mówieniem i z lewą ręką, ale żyła, i to było najważniejsze. Wszystkie wolne chwile spędzałam w szpitalu, opiekowałam się babcią, myłam ją, karmiłam, czytałam jej książki. Kiedy poczuła się lepiej, zaczęły się rehabilitacje. Adam załatwił najlepszego rehabilitanta, przypadkiem dowiedziałam się, że po cichu dopłacał mu za dodatkowe godziny. Usłyszałam, jak pielęgniarki rozmawiały między sobą. Dwa dni biłam się z myślami, aż w końcu nie wytrzymałam. – Adam, muszę cię o coś zapytać – zaczęłam nieśmiało, kiedy jedliśmy razem obiad w szpitalnym barku. – Słucham? – Słyszałam, jak pielęgniarki mówiły, że dokupiłeś mojej babci dodatkowe godziny rehabilitacji… – Tak? No i co? – No, chciałam cię zapytać, czy to jest prawda… – Prawda. – Ale... ja nie mam na to pieniędzy. – Wiem, dlatego sam to załatwiłem. – Adam, mnie na to nie stać. – Ale mnie stać. Oddasz mi, jak będziesz miała. – A jeśli nigdy nie będę miała? – No to nigdy mi nie oddasz – roześmiał się. – Daj sobie spokój. Najważniejsze, żeby to pomogło twojej babci. Chciałem ci powiedzieć, że zacząłem już załatwiać sanatorium. – Adam… – szepnęłam tylko. – Wero, na sanatorium trzeba czekać, dlatego już pora się rozglądać. – Dlaczego ty to wszystko robisz? – Bo chcę ci pomóc? – odpowiedział pytaniem, ale w oczach miał coś takiego, że po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że on się może we mnie… zakochał. Zaraz jednak powiedziałam sobie, że to niemożliwe. Pan doktor na stanowisku i ja, biedna studentka bez grosza przy duszy. Nie, to niemożliwe. Zresztą nigdy nawet nie spróbował mnie pocałować. Niemożliwe. Babci pomagały rehabilitacje, masaże, czuła się po nich coraz lepiej i tak też wyglądała, chociaż lekarze twierdzili, że jeszcze trzeba wiele czasu, a do pełnej sprawności i tak już raczej nie wróci. Kiedy wyjechała do sanatorium, Adam po raz pierwszy zaprosił mnie do kina, a po filmie poszliśmy na kolację. – Musisz się odprężyć, odpocząć, kiedy babcia wróci, będziesz potrzebowała dużo sił, ona będzie wymagała opieki – przekonywał mnie. Właściwie to nie musiał bardzo przekonywać, wiedziałam, że ma rację, i cały czas martwiłam się, jak dam sobie radę. W jaki sposób uda mi się pogodzić studia i opiekę nad babcią. Poza tym skąd wezmę na to wszystko pieniądze, stypendium i emerytura chyba nie wystarczą. Przez ten czas, babcia chorowała, oddaliłam się od kolegów z uczelni. Nie miałam czasu ani ochoty chodzić z nimi na piwo i do dyskotek, przestały mnie bawić ich żarty i wygłupy. Wolałam iść do kina lub na spacer z Adamem. Był taki spokojny, opanowany, czułam się przy nim bezpiecznie. Każdym słowem i zachowaniem podkreślał swoją troskę o mnie, a ja ogromnie tej troski wtedy potrzebowałam. Kiedy zaproponował, żebyśmy pojechali razem odwiedzić babcię w sanatorium, rozpłakałam się. – Nie płacz – gładził mnie po twarzy. – Wiem, że tęsknisz, że się martwisz. Mam wolny weekend, pojedziemy, to żaden problem, będę miał wycieczkę. – Tyle już dla mnie zrobiłeś, Adam, jak ja ci się za to wszystko odwdzięczę… Roześmiał się w odpowiedzi, ale jakoś tak dziwnie, i dodał: – Nie oczekuję wdzięczności. Pojechaliśmy w odwiedziny. Babcia była w coraz lepszej formie Spacerowała już nawet z pomocą balkonika po parku. Tak bardzo się ucieszyła z naszych odwiedzin, tuliła mnie i głaskała po włosach jak kiedyś w dzieciństwie, tylko ręce jej drżały. – Dziękuję, panie doktorze – mówiła jeszcze trochę niewyraźnie. – Bardzo dziękuję za wszystko, co pan dla mnie zrobił. I za opiekę nad wnuczką dziękuję. Adam pocałował ją w rękę. – Proszę mówić mi po imieniu – powiedział cicho, a kiedy babcia popatrzyła na niego zaskoczona, dodał: – Proszę, chciałbym być dla pań przyjacielem. Wtedy zobaczyłam w oczach mojej babci jakiś błysk, coś, co bardzo mnie zastanowiło. Kiedy się żegnałyśmy, przytuliła mnie mocno i szepnęła do ucha: – Pamiętaj, że nie musisz robić nic, czego byś nie chciała. Nie miałam wtedy pojęcia, co mogła mieć na myśli, przecież nikt do niczego mnie nie zmuszał. Tydzień później Adam zaprosił mnie na kolację i… oświadczył mi się. Byłam bardzo zaskoczona. Małżeństwo? Przecież nie było między nami nic, żadnej chemii? – Jesteś pewien, że naprawdę tego chcesz? – spytałam. – Kocham cię, Weroniko – odparł. – Zakochałem się w tobie już wtedy, kiedy zobaczyłem cię na tym korytarzu, taką zapłakaną, zagubioną. – Ale nigdy przecież nic... – zająknęłam się. – Nigdy nawet nie próbowałeś mnie pocałować. – Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało – roześmiał się. – Ale nie chciałem cię przestraszyć, jesteś taka młodziutka, taka inna niż te wszystkie wypindrzone dziumdzie. Byłam zaskoczona. Może i różniłam się troszkę od większości jego koleżanek, ale nie aż tak, jak on to widział. Poprosiłam o kilka dni do namysłu, wiem, jak to brzmi, ale nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam stracić Adama, ale nie byłam pewna, czy go kocham, raczej wydawało mi się, że nie. Był dla mnie przyjacielem, opiekunem, starszym bratem, ale nigdy nie myślałam o nim jako o kochanku, mężu. Z drugiej strony, lubiłam spędzać z nim czas i nigdy przy nikim nie czułam się tak bezpiecznie jak z Adamem. On zawsze wiedział, jak postąpić, gdzie pójść i w jaki sposób załatwić problem. Miał już plany na nasze dalsze życie. – Sprzedamy moje mieszkanie i wasze, mam trochę oszczędności, dołożę i kupimy dom. Twoja babcia nie może teraz zostać sama, a w domu zmieścimy się razem i nikt nikomu nie będzie wchodził w drogę. Wynajmiemy opiekunkę, będziesz mogła kontynuować studia – słuchałam tego wszystkiego, co mówił i coraz bardziej zaczynałam wierzyć, że ja też tego chcę. Zgodziłam się na ślub. Kiedy babcia wracała z sanatorium, mieliśmy już ustaloną datę ślubu i załatwiony kredyt na dom. Nie krytykowała, ale często przyglądała mi się zatroskanym wzrokiem. – Czy ty jesteś szczęśliwa, Weroniczko? – zapytała raz. – Tak, babciu, jestem – odpowiedziałam. – Adam bardzo mnie kocha. – Ale czy ty kochasz jego? – Tak, kocham – starałam się powiedzieć to z całym przekonaniem, którego jednak chwilami mi brakowało. Tego, że Adam mnie kochał, byłam pewna, jego miłość, troska i dbałość o mnie były widoczne na każdym kroku, w każdym zachowaniu. Koleżanki mi zazdrościły, wiedziałam o tym, bo tego nie ukrywały. Czasem przyjeżdżał po mnie na uczelnię, Gośka i Marta patrzyły jakby chciały zjeść go wzrokiem. Ja też go kochałam, ale... No właśnie było jednak jakieś ale. Raz poszłam ze znajomymi z uczelni na piwo i tam był Maciek, chłopak z którym kiedyś, przez krótki czas, jeszcze przed chorobą babci, byliśmy parą. Potem wszystko się jakoś samo rozlazło, a dziś wydawało mi się, że to było tak dawno, że chyba w innym życiu. Jednak kiedy poczułam jego dłoń na swojej ręce, przeszył mnie dreszcz, od czubków palców aż po czubek głowy. Czułam bijące od niego ciepło, drżałam, a Maciek przesunął rękę po moim karku, schował ją pod włosy i zapytał cicho: – Czy jesteś pewna, że chcesz wyjść za Adama? Czułam, że jeszcze moment i zaczniemy się całować, nie chciałam na to pozwolić, nie mogłam na to pozwolić. Resztką sił odepchnęłam go od siebie i głęboko nabrałam powietrza w płuca. – Oczywiście, że jestem pewna – odpowiedziałam nie swoim głosem. – Muszę już iść. Odwróciłam się zdecydowanie i odeszłam. W drzwiach dobiegło mnie jeszcze: – Uważaj, Weronika, żebyś zamiast domu nie zbudowała sobie więzienia! Na zewnątrz zadzwoniłam do Adama. – Przyjedź po mnie. – Coś się stało? – Nic, ale chcę być z tobą. Bałam się zrobić coś, czego mogłabym żałować Kochaliśmy się tego wieczoru z jakąś dziką rozpaczą, a potem, kiedy Adam zasnął, resztę nocy przepłakałam w łazience. Miesiąc później wzięliśmy ślub, a dziewięć miesięcy później przyszła na świat nasza pierwsza córka. Dwa lata potem – druga. Babcia Kasia zmarła pięć lat po naszym ślubie, miała drugi wylew i już nie udało się jej uratować. Pomimo obecności Adama i dziewczynek poczułam raptem, jakbym została sama na świecie. Powtarzałam sobie, że powinnam się cieszyć z tego, że babcia miała po pierwszym wylewie jeszcze kilka lat dobrego życia, spokojnego i dostatniego. Opiekowaliśmy się nią oboje, Adam był dla niej jak rodzony wnuk. Mój mąż jest naprawdę bardzo dobrym człowiekiem. Wiem, że bardzo kocha mnie i dziewczynki, ale od śmierci babci zaczęliśmy się od siebie coraz bardziej oddalać. Dziś żyjemy raczej obok siebie niż razem. Mieszkamy w jednym domu, jemy wspólne obiady, jeździmy razem na wakacje. Ale jest między nami jakaś ściana. Niedawno mój mąż zapytał mnie w łóżku: – Powiedz mi, Wera, czy ty mnie kiedykolwiek kochałaś? Zesztywniałam i odwracając się na drugi bok, wymamrotałam: – Tak, oczywiście. – Spójrz na mnie… Nie chciałam na niego patrzeć, wiedziałam, co mógłby wyczytać z moich oczu. – Jestem zmęczona, spać mi się chce. Czekałam chwilę ze wstrzymanym oddechem, ale Adam nie odezwał się więcej, lampka zgasła, a ja zamknęłam oczy i odetchnęłam swobodniej. Od czasu tamtej rozmowy zaczęłam zdawać sobie sprawę, a właściwie dopuszczać do siebie prawdę, że nie kocham Adama. I co gorsze, nigdy go nie kochałam. Owszem lubię z nim przebywać, lubię z nim rozmawiać, byłam mu i jestem do dziś wdzięczna za wszystko, co zrobił dla mnie i dla mojej babci, za całą pomoc, troskę i opiekę, którą nas otoczył. Ale niestety to wszystko, co istnieje między nami, nie ma nic wspólnego z miłością. Mogłabym nawet powiedzieć, że kocham Adama, ale jak przyjaciela, jak starszego brata, opiekuna. Nigdy, ani na początku naszego związku, ani teraz po tylu latach małżeństwa nie było między nami namiętności, nie było między nami chemii. Maciek nie miał racji, nie zbudowałam sobie więzienia. Zbudowałam spokojny, bezpieczny dom, ale zaczynam w nim usychać. Kocham swoje dzieci, ale nie kocham męża. Zaczynam się zastanawiać, ile jeszcze wytrzymam? A co będzie, jak dziewczynki dorosną i pójdą na swoje? Ostatnio Adam delikatnie, jak to on, napomknął, że może moglibyśmy mieć jeszcze jedno dziecko. Może tym razem byłby syn? Wiem, że on bardzo by tego chciał, ale ja… chyba nie. Czasami chodzą mi po głowie różne myśli, chyba chciałabym się jeszcze zakochać, dać się ponieść namiętności, szaleństwu, emocjom. Może mogłabym spakować walizkę i wyjechać, zniknąć, nie mówiąc nikomu, dokąd jadę, może mogłabym poznać mężczyznę, którego dotyk przyprawiałby mnie o podobne dreszcze jak kiedyś dotyk Macieja, może jeszcze jest to możliwe? I natychmiast odpowiadam sama sobie. „Nie, to nie jest możliwe. Dlaczego? Bo nie zostawię moich dzieci, mojego domu i mojego męża. Nigdy się na to nie zdobędę. Więcej prawdziwych historii:„Mąż mnie zdradził, więc nie mam wyrzutów sumienia z powodu własnego romansu. Kochanek uwiódł mnie i wykorzystał”„Przez 30 lat byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Mój mąż nie wiedział, że zabiłam jego żonę, która źle go traktowała”„Mój mąż zginął w wypadku. Jechał pijany, bo dowiedział się o moim romansie”
nikt mnie nie zmuszał sam tego chciałem