czytać w rzece rozumieć ryby

Dane Fundacji: Fundacja Nasza Winnica; pl. Jana Pawła II 3; 06-120 Winnica; tel. 501 231 895; fundacja@funawi.pl https://funawi.pl. NIP 5681619021 Regon 36478425800000 Numer KRS 0000624135. #methoda #rzeka #feederCzy łowienie na method feeder w rzece jest możliwe Jędrzej, Maciej i Mariusz pokazują, że metoda potrafi być zabójczo skuteczna, gdy Niezbędne akcesoria wędkarskie, by łowić na rzece to, poza długim wędziskiem (minimum 4 metry), spławik w zakresie od 1 do 3 gramów, najlepiej w kształcie kropli i obciążenia, które będzie spoczywać na dnie, najlepiej dwu- lub trzykrotnie cięższego od spławika. Długość przyponu powinna być zależna od głębokości łowiska Oczywiście. Czytanie w języku obcym na pewno wymaga podstaw, ale z drugiej strony nie potrzebujesz zaawansowanej znajomości języka obcego, by to robić. Wskazówki na sam początek: Nie musisz czytać całego artykułu – ja również tego nie robię. Nie musisz i nie będziesz rozumieć wszystkiego – ja też nie rozumiem wszystkiego. Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Poznaniu potwierdza, że otrzymał zgłoszenie o pojawieniu się martwych ryb na rzece Nielba w miejscowości Wągrowiec (Wielkopolska). Próbek wody z rzeki inspektorzy jednak nie pobrali. Site De Rencontre Cote D Ivoire. A jak jest z Linem czy z Jaziem ? . Mi jak łowiłem dwa Jazie takie po 25 i 27 cm udało się złowić ale wypuściłem . Miałem przerwę w łowieniu na tym zbiorniku i zmiany jaki zostały wprowadzone nie bardzo rozumiem , więc lepiej wolę się zapytać niż zrobić coś niezgodnie z obowiązującymi przepisami . Czy mam rozumieć że wymiar jaki można zabrać na zbiorniku (Ożanna) to Karp 35 – 70 cm , Sandacz 50 –70 cm Szczupak 50 – 80 cm , a Lin , Jaź i inne ryby to zgodnie z regulaminem RAPR . Jeszcze jedna sprawa mnie interesuje a mianowicie od Stycznia do Listopada Karp , Lin , Szczupak , Sandacz zgodnie z regulaminem RAPR 3 sztuki łącznie można zabrać , a od 1 Listopada do końca roku po jednej sztuce łącznie można zabrać ? Jeżeli ktoś jest dobrze poinformowany o takich zmianach to miło by było aby coś szerzej napisał na ten temat i z góry dziękuję . Najpierw – była myśl obsesyjna, natrętna. Od roku. Pisano tu przed rokiem o tej Rzeczce (raz jeszcze dzięki, Piotrze!). Zachłannie syciłem oczy fotkami, aż obudziła się tęskna pamięć. Ile czasu mnie tam nie było? Dekadę? A może dłużej? Dłużej, ze dwanaście lat... A może z piętnaście? A przecież przymierzałem się nie raz. Nawet „sztabówkę” 1:25000 kupiłem. Gapiłem się w nią jak wół na malowane wrota, przywoływałem obrazy z pamięci ulatającej. I nic. Ciągle za daleko, ciągle nie po drodze. Ciągła też obawa, że nie trafię po własnych śladach. Tam - tylko dwie wioski, do Rzeczki przytulone mackami starości. Bo nie rzucim ziemi, skąd nasz ród. Bo cóż nam z tego, że rzucim? Kto kupi? Aha, Warszawka może kupi. Ale jeszcze trzeba się postarać, żeby Warszawka wiedziała, że jest coś do kupienia. No i jeszcze w gminie trza ziemię odrolnić, na rekreację przemianować... Młodych nie ma. Jedynie podrostki. Ze skrzydłami jeszcze słabymi, więc z gniazda nie dadzą rady wyfrunąć. Ci nieco starsi, którzy ulecieli, zarabiają teraz rozsądne pieniądze gdzieś w miastach, niekoniecznie naszych. A tu – chałupy zmurszałe jak najstarsi mieszkańcy. Z głowami pokrytymi szlachetną, posiwiałą zielenią i gontów, i strzech, i eternitu. Ze ścianami omszałymi w zadumane grzywy powojów, winorośli, wreszcie mchów. I cisza. Jeno mućka gdzieś zaryczy, jeno burek łańcuchowy popyskuje trochę, gdy się inny burek zakręci w pobliżu. Bo intruzów na dwóch nogach tam nie ma. Sami swojacy, wszyscy się znają od urodzenia. Psy też wszystkich znają. Gdy już się obcy pojawi, to pewnie zabłądził. Ale to rzadko, może raz na miesiąc. I jeszcze traktor czasem zawarczy. Staruteńki Ursus. Bo nowszy po co? Żeby pół hektara cherlawego żyta, na piachu wyrosłego jakimś cudem, wykosić? Żeby dwadzieścia arów kartofli, dzięki przemożnej woli życia wyrosłych na ugorze, wykopać? Przecież tyle to i motyką można. A ryby? No są. Ale kto by tam, panie, się za nimi uganiał! Młode to w świat poszli i wolą kupić gotowe, takie od razu na patelnię. A z kłomlą latać? Z podrywką? Jak się ma, panie, szósty krzyżyk na karku, to się nie chce. Bo to jeszcze i przez te krzaki trza się przedrzeć, do wody wleźć. A woda, panie, zdradliwa. Jeden krok – do kolan. Drugi krok – też do kolan. Trzeci krok – i lecisz, kochany, aż po szyję. Albo i głębiej. A się skąpać w kapocie, dla jednego szczupaczka czy paru jelczyków albo kiełbi, to nie ma sensu. Lepiej kurakowi łeb obciąć, rosołu nagotować. To i krzepa z tego będzie. I się człek nie namoczy... Nie marudź – mówię Grześkowi przez telefon – dowiesz się, gdy dojedziemy. Ale na grzyby mam jechać, ślubna mi zaplanowała – Grzechu na to. A kilka godzin później dzwoni i mówi, że jednak jedziemy. No i suuuper! Dopiero słonko wstaje, gdy dobijamy na miejsce. Atlas samochodowy w garści (komuś pożyczyłem „sztabówkę” i ten ktoś zapomniał oddać), ślepia wściubione w skryte w lekkiej mgiełce, ledwo co widoczne drogowskazy. Tu? Chyba tu. Skręcamy. Jakby co, to bak jest prawie pełny. A za mocno nie pobłądzimy, bo Rzeka nas powstrzyma. Więc paliwa wystarczy na powrót. O! Jest mostek! To jednak w atlasie nie kłamali. Jeśli mnie pamięć sentymentalna nie myli, to kiedyś mostku nie było. I nawet asfalt jest. Kończy się zaraz za mostkiem, potem żwirówka. Na końcu asfaltu dróżka w bok, z garbem źle położonej krawędzi. Nie urwiemy niczego z podwozia? Uff, udaje się. Dalej łąka. Z ledwo widocznymi śladami po ciągnikach pamiętających wczesnego Gierka. Tu? Czy jeszcze dalej podjedziemy? Wystarczy – mówi Grzesiek. Dalej – to chyba nie łąka, a ozimina posiana. Nie jedźmy, bo to jakby bochenek chleba podeptać... Przejdziemy się. Więc – zaczynajmy. Lecz najpierw zbrojenie wędzisk. Biorę tylko tę cięższą, szczupakową. Paproszkowy kijaszek... kurde! – nie zmieścił się do bagażnika. A jeśli przyjdzie ktoś łasy na cudze, dostępne po jednym stuknięciu kamieniem w szybę? A może nie przyjdzie? Raczej nie przyjdzie. Tu ludziska wolą cudze szerokim łukiem ominąć, żeby nawet cień podejrzenia o niecne zamiary nie padł. A obcy, miastowi, tu nie zaglądają. Złodzieje też nie zaglądają. Bo chyba nawet nie ma co ukraść. Najwyżej krowę. Jejku! – rzecze Grzechu – jak tu... dziewiczo! I jak ta rzeczka kręci! Zobacz, pod tymi nawisami powinno być... I leci Grzesiek, prawie na złamanie karku. Brnie przez trawę nieskoszoną, przez chabazie nadbrzeżne, rzuca „mięsem”, gdy się w tych chabaziach potyka tak, że mało nie leci ze skarpy do wody... I powtarza zaraz: oż kurna, jak tu dziewiczo! A jaka woda czysta! No przecież... no przecież...! A chwilę później, po drugim czy trzecim rzucie wirówką, się drze: ale branie miałem! Jeszcze nie ruszyłem. Jeszcze zbroję kijaszka. Jeszcze się zapatrzyłem na wschodzące słońce, kraszące mgłę różowością radosną. Jak durny małolat, sentymentami i innymi romantyzmami chwilowo naładowany. Jeszcze sięgam po papierosa i... odkładam paczkę do kieszeni. Bo ten wrzesień, ten schyłek lata, pachną tak ulotnie... Jeszcze mi w tym zapachu wilgotnym od mgiełki, od rosy, brakuje dymu z ogniska syconego nacią kartofli. Ale czuć w powietrzu krowie łajno. Już zwietrzałe. Takie... sielankowe jakieś, swojskie. Śmierdzi? Może komuś śmierdzi. Mnie nie śmierdzi. I tylko - śpieworzyku ptaków mi brak. Jaskółki, boćki, słowiki, skowronki, rybitwy – już gdzieś na szlaku. Tylko jastrząb kwili zza odległego zagajnika. Pewnie dopadł i zadziobał, rozorał pazurami, przepiórkę jakąś. A może tylko szybuje nad koronami wieszcząc, że on tu pan i władca? I jeszcze głos słyszę: gdzie leziesz?!! Aha, to na drugim brzegu. Ktoś, płeć trudna do określenia, wyprowadza krowy na pastwisko. Po chwili szczęka młotek – a może kamień? – wbijający pal kotwiczący krowi łańcuch. I znów jakiś burek się odzywa. Z tej, czy z tamtej strony wody? Trudno wyczuć. Rzeczka tak meandruje, że chałupa odległa o rzut beretem, zdająca się stać nam na przeszkodzie, stoi o sto metrów od koryta. I z drugiej strony. Dzicz? Na Mazowszu??? A jednak. Zerkam, jak Grzesiek, dobierając się do obiecującej miejscówki, zjeżdża na tyłku. Chwilę później robię to samo. Bo inaczej się nie da. Wygryziona przez Rzeczkę, prawie pionowa skarpa, rozdłubana bobrowymi ścieżkami, zarośnięta jeżynami, krzakami dzikich malin i porzeczek. Jeszcze dziksza od wariatów, którzy postanowili się zachwycić tą dzikością, na gościnną nie wygląda. Broni się zasiekami zielska, dziesiątkami wilczych dołów kopanych przez bobry, podmytymi, wiszącymi skarpami, niespodzianym mułem przy brzegu, gdy w polaroidach widać tylko poskładane łagodnie fałdy piasku. Nieskalanego przez buty wędkarza, przez krowie kopyta. Rzucam wreszcie i ja. I trafiam. Prosto w gałąź na drugiej stronie. Blaszka wisi smętnie, staram się ją ściągnąć. A Grzesiek zeznaje, że znów mu coś walnęło. Tym razem w woblerka. Mikrusiego, jaziowego, czarnego ze srebrno-błękitnymi akcentami. Fuksiarz jeden! A ja naciągam żyłkę, naciągam... Pstryk! Blaszka zaś, z uwięzi zerwana, robi cichutkie plum! Dojdę do niej? Odzyskam? A figa! Do środka rzeczki wody mam do kolan. Krok dalej mam już pod krawędź spodniobutów. Na szczęście dno twarde, udaje mi się wycofać. I... oż kurde blaszka! Wody prawie po pachy, a widzę własne podeszwy! A tuż za nimi stadko... kiełbi? Jelców? Chyba jednak kiełbie, bo buchtują w dnie. Jeszcze nie wyłażę, jeszcze się rozglądam. I... pieprzyć wędkowanie! Jakże tu pięknie! Nic, tylko poleźć przed siebie... Aha! No to leź, durniu – strofuję się w myślach – pierdyknij orła na płytkim, o jakąś zapomnianą gałąź zaczepiając. Lub wpakuj się do dołka, w którym na stojąco się zmieścisz razem z czapką. Wreszcie udaje się przedostać na drugi brzeg. Wystarczyło podejść środkiem o dwadzieścia metrów wyżej. Jest bród. Tylko że trzeba się wdrapać na skarpę sterczącą prawie pionowo, ze szczytem o dwa metry nad głową. Uparty jestem. Jakieś korzenie sterczą ze skarpy, więc jest się czego przytrzymać. Piątka z alpinistyki! I... na darmo! Miejsce, gdzie blaszka oddała się wodzie, wygląda na głębokie. A burta pionowa. Wyjmuję więc z torby taką śmiszną echosondę na sznurku, rzucam na wodę... Oż ty w życiu! Metr od brzegu jest dwa i pół metra wody. Krystalicznie czystej. Tak czystej, że widzę na dnie własną blaszkę. A przynajmniej tak mi się wydaje. Leży bidulka między dwoma konarami, nurzającymi swoje końce w piaszczystym dnie. Sięgnę? Może i tak, ale czym? Może mocno obciążoną gumką? No to próbuję. I... gumka, piekielnica niewdzięczna, się wtula w jeden z konarów. I na nim zostaje. Uboższy o 10 zetów wycofuję się. Ale... którędy ja, kurde mol, przez Rzeczkę przełaziłem? Drzew i konarów do niej zwalonych od groma i trochę, a wszystkie do siebie podobne... A ile jeszcze drzew czeka na podmuch wiatru, który pochowa pień w krystalicznym nurcie? Naraz Grzesiek, zamaskowany w tej mgiełce i krzaczorach, dumnie ogłasza, że ma okonia. Takiego ponad dwadzieścia centymetrów. Oż ty w życiu – se myślę. Ty fuksiarzu jeden! Jak Cię dopadnę, to... Aha! Weź i dopadnij... Jeszcze trzeba wrócić na lewy brzeg. Ale którędy? Tam, gdzie mi się wydawało, że przełaziłem, noga mi wpada w jakąś dziurę. Ponad krawędź spodniobutów. Więc mi się klejnoty rodowe ciut opłukują, a skarpety przejmują niechcianą wilgoć. A woda piekielnie zimna. Z ciekawości zaczerpuję kilka garści, wypijam. Jest jak źródlana, ta z gór. Więc – może naprawdę są tu i pstrągi? Mówiono mi, że się trafiają. Tylko że ciut wyżej, o kilka kilometrów. W linii prostej. Bo rzeką to będzie kilkanaście. Gdzie trochę wężej, bardziej rozmaicie, bardziej wartko, jeszcze bardziej dziko. Gdzie rzeczka przedziera się szalonymi meandrami pośród skarp wysokich, niedostępnych. Gdzie człek o zdrowych zmysłach się nie zapuszcza. Bo do wody podejść nie ma jak. A jak już ktoś się odważy, to ryby nie złowi. Bo tyle hałasu w gęstwinie omotanych dzikością chabaziach narobi, że wszystko przepłoszy nim dojdzie. No jak – którędy? Przecież to proste! Trzeba się tylko było uważnie rozejrzeć. A patrzenie o tyle niewdzięczne, że czy jest dwa metry wody, czy tylko pół, to dno widać tak samo. A ja krótkowidz. Patrzałki zostały w autku, bo na łowisku bardziej potrzebne polaroidy. A jeszcze słonko wściekle daje po oczach. I jeszcze mi lata przed okularami stado krwiopijców, łaknących śniadanka. Więc się opędzam przed nimi to jedną łapą, to drugą. Chwilowo zapominając, że w prawej trzymam wędkę. Więc, owada utłuc próbując, tłukę się dolną przelotką we własne czoło. Ach, jaki zdolny jestem! Przelotka wytrzymała, czółko za tydzień będzie OK. Jeszcze staję na ma chwilę, patrzę w dół nurtu. I wzroku oderwać nie mogę. I wierzyć mi się nie chce, że takie zakątki uchowały się jeszcze przed ludzką ciekawością, pazernością. I cieszę się radością zazdrosną, zachłanną, a po części złośliwą. Że miliony pomykają co roku przez most na pobliskiej trasie, nawet okiem nie rzucając na ciurek wijący się w dole. Bo może nie szukają, czego ja szukam? Może chcą tylko złowić rybę, a nie próbować ją złowić? Pewnie wolą posiedzieć wygodnie, na pomoście, na foteliku, czekając. Nie mieć pyska odrapanego w krzakach, w jeżynach. Nie ryzykować kąpieli w spodniobutach, skręcenia nogi w jakiejś dziurze zamaskowanej trawami. Nie wiedzą, co tracą. A może nie tracą? Może mają lepiej? Posiedzieć wygodnie, poopalać się, napić się piwa czy kawy, wkomponować się łagodnie w czekanie na rybę. Potem, gdy ryba złowiona, sfotografować ją, wysłać fotkę do którejś redakcji, otrzymać medal, splendor... Ja – raczej tu nie złowię medalu. A gdyby nawet, to się nie pochwalę. Nawet i fotki plenerowe pstrykam tak, by żadnej chałupy nie było w kadrze widać, żadnej drogi. By nikt nie rozpoznał, nie trafił za nami. Bom zazdrosny. Piekielnie zazdrosny. Bo to moje. Tak bardzo osobiste, że aż intymne. Wreszcie doganiam Grześka. Po drodze wywijam przecudnej urody orzełka, bom nie dostrzegł, w tych chabaziach, że boberki sobie zrobiły pod nawisami traw ścieżkę. A Grzechu właśnie ciągnie drugiego okonka. Ciut mniejszego. Gul mi skacze. Ale choć podglądam przynętę: woblerek ma mniej niż trzy centymetry. Mam podobnego, nieco większego. Zapinam na agrafce, rzucam, i... kolejne prawie dwadzieścia zetów idzie się pie... Ot, miękkie przytrzymanie, potem luzik. Dureń ze mnie, że nie założyłem stalki. Albo oferowanego przez Grzesia przyponu z fluorokarbonu. Teraz już zakładam. Potem – wrzucam na luz. Bo jakże tu pięęęęęęknie! Dzicz okraszona skrawkami poletek, pionowe burty nad Rzeczką, z oderwanymi przez wodę kępami. Na których stanąć może tylko ten, kto w połowie września nie boi się kąpieli. Kilka krów zdziwionych, że jakieś pajace szwendają się nad wodą i jakimiś chlubkami machają... Polazłem dalej. A co? Niech się te mleczarnie dziwują, niech muuuczą sobie po swojemu, plotkując o intruzach. Tymczasem Rzeczka tak piękna, tak piękna! Tylko że zaczęło dmuchać od wschodu. Potężnie dmuchać. Więc – ryb już chyba nie będzie, najwyżej przypadkiem. Nic to, idę dalej. W miejsca, gdzie nie uświadczy śladu wędkarskiego buta. Gdzie czego by do wody nie wrzucić, to przy ściąganiu odprowadzają to ciekawskie, mikrusie jelce. Gdzie do brzegu trzeba się przedzierać przez pokrzywy wybujałe nad głowę. A plątanina jeżyn, przykrywających bobrowe ścieżki taka, że na łeb trzeba upaść, by się tam zapuszczać. No i co? No nic. Prawie nic. Poza tym, że kolejną przynętę urwałem. Bo wiatr blaszkę porwał i z sobie tylko wiadomych powodów poniósł ją w gałęzie swojskiej, sielankowej, rozłożystej wierzby - starowinki. Na drugiej stronie Rzeczki. Drzewo od tego nie wyładniało, a ja o kolejne kilka zetów jestem w plecy... I cóż wierzbie po mojej blaszce? Pień już podgryziony przez bobry, za kilka dni rozczochrana grzywa gałęzi spocznie w nurcie... Mając dość – zakrzyknąłem na Grześka, że wracamy do auta, pojedziemy dalej. Ale dookólną drogą, teren i dojazdy sprawdzając. Się okazało, że do autka mamy, w linii prostej, z pół kilometra. A biegając brzegiem Rzeczki – żeśmy przebyli kilometrów kilka. Bo ona tak kręci wśród tych łąk i poletek, że zawrotu głowy można dostać. Sto metrów w linii prostej, pół kilometra brzegiem. Trzy minuty marszu po łące, godzina przedzierania się, nawet bez łowienia, wśród nadbrzeżnych chaszczy... Chyba trzeba mieć coś nie tak pod kopułą, by po tych zaroślach się uganiać bezrybnie... Ruszyliśmy w stronę łowiska, gdzie – no nie ma siły! – muszą być okonie! Jeszcze sklepik w kolejnej, zapomnianej wiosce. Trzeba pociągnąć za sznurek przy drzwiach, poruszyć dzwonkiem. By z pięterka wywołać gospodynię. Zdziwioną, że ktoś zupełnie obcy tu trafił. Zabłądziliście? – z troską pyta kobiecina – do szosy to trzeba w drugą stronę, za krzyżem w lewo... Nie, droga pani – śmieję się – my tu celowo, świadomie. A wtedy pani dziwi się jeszcze mocniej... Ja też się dziwię. W sklepiku tylko pięć gatunków papierosów, tylko trzy gatunki piwa. Z tych najtańszych. Miałem chęć na pomidory. Są. Lecz mocno przywiędłe. A bo wie pan – wzdycha kobiecina – tu tego nikt nie kupuje, każdy ma własne. Sama nie wiem, po co wstawiłam na sklep. Teraz trzeba będzie wyrzucić... Kawałek dalej – wreszcie ludzie. Troje nastolatków. Na środku wąziutkiej jezdni. Zdziwieni, że samochód jedzie. Zdziwieni, że trzeba z drogi zejść, ustąpić. Ktoś palcem pokazuje rejestrację, wszystkie miny wyraźnie zdumione... Po kilkuset metrach kończy się poszczerbiony asfalt. W miarę równa żwirówka nagle się rozdwaja. W którą więc stronę? Atlas samochodowy nie przewiduje, by dróżki były dwie. Zresztą nikła kreska na mapie biegnie nie w tę stronę, w którą prowadzi którakolwiek z dróżek. Ech, że też zawieruszyła mi się „sztabówka”! Trudno, pojedziemy na wyczucie. Zawsze gdzieś wyjedziemy. I... znacie taki las? Gdzie aż do kostek zapada się człek we mchu? Gdzie paprocie zdają się sięgać ramion? Niestety, nie jesteśmy tu sami. Kilka aut na stołecznych numerach, biegają ludziska z koszami. Jak tu trafili? Zbłądzili? Czy tak samo jak my wiedzą, dokąd uciec przed cywilizacją? Raczej to drugie. Kto tylko na grzyby jedzie, ten stanie przy głównej trasie. Tam lasów nie brak, grzybów też. I nie ryzykuje się urwania zawieszenia na leśnym dukcie, wśród tej dziczy. Gdzie nawet komórki gubią zasięg, a do najbliższej chałupy ze cztery kilometry. Kawałek dalej, już na zupełnym odludziu, zatrzymujemy się i my. Na pięć minut. Napatrzeć się, powąchać, dostojnego poszumu koron wyniosłych sosen posłuchać, pod nogi zerknąć. I... zostajemy prawie trzy godziny. Grzybów nie za wiele, bo już obeschło po ostatnich deszczach. Ale są. Głównie podgrzybki. Z rzadka trafia się kozak, niekiedy prawdziwek. Sporo takich, które, pokryte patyną pleśni, chylą się ku mchom, z pokorą czekając na dopełnienie losu nieodwracalnego. Co chwila któryś z nas kłania się ziemi, odbierając ściółce brązowy, zamszowy kapelusik, osadzony na wyjątkowo długiej nóżce. Przynajmniej grzybów przywieziemy. Będzie pyszna kolacja, będzie kilka kolejnych słoików marynaty. Zimą – każdy kęs zapachnie tym lasem, dzikością zaszumi, tęsknotę za wiosną rozbudzi, za przestrzenią nieokiełznaną... Później – znów trochę błądzimy. Wreszcie prosta jak strzelił, leśna dróżka, wyprowadza nas do kolejnej, też omszałej wioski. Bezpiecznie przycupnąwszy na wysokiej skarpie, nad dużą, nieokiełznaną Rzeką, wtuliła się w bór wiekowy. I zdaje się spać. Leniwa taka, cicha, zadumana. Nawet psom nie chce się nas obszczekać, gdy wolniutko przetaczamy się przez kopny piach śródwioskowej dróżki. Wreszcie – wyjeżdżamy nad Rzekę. I wreszcie widać człowieka. Też zdziwiony. Bo jak żeśmy tu trafili? Okazuje się – Warszawiak. Wędkarz. Grzybiarz. Kilka miesięcy jeździł po obydwu stronach Rzeki, działki szukając. Wreszcie znalazł. Kupił. Jest szczęśliwy. Tym szczęśliwszy, że działek tu niewiele, wszystkie dyskretnie wtopione między drzewa. Nie ma więcej ziemi do kupienia, więc nigdy nie wyrośnie tu działkowy kołchoz podobny do mazurskich. A wioska tak skryta, tak zapomniana, że nawet ksiądz, po kolędzie jeżdżąc, z trudem trafia. A do wody tak blisko, tak blisko! Dzikiej, nieokiełznanej, pięknej! A grzyby rosną tuż obok, nawet i na działce. I taka tu – pierwotność... I serca w ludziach takie wielkie. „Pochwalony” – gadają drugiemu człowiekowi już z daleka. Też i nieznajomym. A niekiedy, nocą, łoś się przespaceruje między chałupami. Nawet psy się nie dziwią. Mało który szczeknie. Bo się znają. My na pewno na Mazowszu jesteśmy? Na pewno w XXI wieku? Jakbyśmy się przenieśli w czasie, o wiek do tyłu. Jeszcze stoi w wiosce omszała chałupa, strzechą kryta. Jeszcze są stodółki drewniane, reumatycznie pokrzywione brzemieniem starości... Jakby nagle ożyła „Droga w Bronowicach” Gierymskiego. A jednak – cywilizacja dotarła. Na kłaniających się ziemi, drewnianych słupach, ciągnie się pajęczyna elektryki. Na kilku dachach dumnie wypinają pierś talerze satelitarnej TV. Na podwórkach, za pochylonymi płotami ze sztachet, drzemią samochody, gdzieniegdzie traktor. Wszystko – takie uśpione. Jakby zatrzymane w czasie. A jednak – to realne! To jest. Uchowane przed pośpiechem, gwarem, przed wariactwem postępu. Tkwi w tym lesie, nad tą wodą. Ukojone poszumem granym przez wiekowe korony drzew, szemraniem Rzeki. Jeno pies czasem gdzieś zaszczeka, jeno silnik samochodu cicho, cichuteńko czasem pomruczy... Wracamy. Bez ryb, za to z grzybami. Zmęczeni. Tylko... wyciszeni tacy. Aż gadać się nie chce. Jakbyśmy bali się spłoszyć te obrazy, dźwięki, zapachy, odczucia... Jakbyśmy zachłannymi pazurami zmysłów ukojonych dalej kurczowo się wczepiali tam, gdzie byliśmy... Nie pytajcie o adres. Zazdrośnie okrywam tajemnicą dziewiczość tych zakątków. Gdzie cały cywilizacyjny rozpęd nagle gaśnie, wtula się w ciszę, w krów pomrukiwanie, w poszum wiatru, w wilgotny szmer Rzeki. Gdzie nogi plączą się w jeżynach, w pokrzywach, a dusza zdaje się płynąć – ponad! Gdzie wszystkimi zmysłami wędruje się przez - aż nierealną! - krainę łagodności, ukojenia. Gdzie człek podświadomie boi się głośniej odezwać. By tego nie spłoszyć, nie sprofanować... A potem – marzy. By powrócić. Tak cicho, cichuteńko... Andrzej Bombola *Bombel* Skupię się jednak głównie na poszukiwaniach prowadzonych pod kątem spinningu, jako że polowania na białoryb przy pomocy zestawów spławikowych bądź gruntowych wydaje się znacznie prostsze. Polega bowiem na znalezieniu obiecującego odcinka i dokładnym wygruntowaniu dna, pozwalającego na lokalizację wszelkich dołków, krawędzi spadków, niekiedy przeszkód zalegających na dnie. To już połowa sukcesu. Dalej to odpowiednia kompozycja zestawu, skład zanęty, rodzaj i wielkość podanej przynęty i sporo drobnych spraw, o których... każdy doświadczony spławikowiec mógłby książkę napisać. Zacznijmy od miejsca wybitnie charakterystycznego: Narwiańska główka, jedyna taka mi znana. Zbudowana ze złomów skalnych przez dziesięciolecia ulegała rozmywaniu. Aż wreszcie ktoś pomysłowy, a w niej zakochany, postanowił ją wzmocnić po swojemu. Nasypał więc betonowych fragmentów z rozebranego ogrodzenia. Szpetnie to wygląda, jest w dodatku niebezpieczne dla próbujących dotrzeć do szczytu. Kawałki muru chyboczą się pod stopami, więc w każdej chwili można zaliczyć upadek i kąpiel. Ale ryby są. Co roku, z dołu za szczytem główki padają okołometrowe sandacze, niekiedy trafi się podobnej wielkości szczupak, także sum. Niestety jest to miejsce tylko dla doświadczonych wędkarzy, dysponujących mocnym sprzętem. Stare głazy, potem uzupełnione o zmywane fragmenty ogrodzenia, zalegają na dnie nawet 15 m od główki. Tak więc bez solidnej plecionki ani rusz. A i tak trzeba być przygotowanym na spore straty w przynętach. Z żyłką, nawet 0,30 mm, nie ma co podchodzić. Na pięć rzutów 4 rwania są pewne. Oczywiście można poprowadzić „gumę” nieco wyżej, lecz wówczas nie ma co liczyć na branie. Zwalone do wody drzewo, nieco dalej wystający pień, mówią same za siebie. Szczególnie interesujące jest to drzewo. Woda wymyła przed nim i pod nim rynnę głęboką na ok. 2,5 m (głębokości odnoszę do średnich stanów wody). To doskonałe miejsce na szczupaki i okonie. Jednak pod warunkiem, że wabik dosłownie ociera się o gałęzie. Przy czym te zanurzone, widoczne ze skarpy przy nasadzie pnia, sięgają znacznie dalej niż te na powierzchni. Więc bez polaroidów ani rusz. Co podawać? Na napływie tonący wobler. Tak rzucony, by nurt wcisnął go pod pień. Owszem, dałoby się spławić wobka nawet i na dziesięć metrów dalej, tuż nad dnem, jednak wówczas wyjęcie nawet ledwie miarowego szczupaczka staje się prawie niemożliwe. Ryba na pewno zdoła się wbić w gałęzie. Strona zapływowa – guma lub przeciążona wirówka podana na skraj gałęzi błyskawicznie dojdzie do dna.. I tak, jeśli wirówka nr 3 ma zwykle ok. 6 g, to tu potrzeba 10 g. Musi jednak idealnie pracować, bo ściągana z prądem na odcinku nie dłuższym niż 10 m pozostaje w polu widzenia drapieżników może z pięć sekund. Równie mocno obciążone, agresywnie pracujące kopyto, popracuje nieco dłużej. Czy są jakieś inne ryby? Są jazie, w ciepłej porze roku lubiące buszować między zatopionymi gałęziami. Niestety, tu już trzeba speca z dużą dozą szczęścia. Speca dlatego, że poprowadzenie w poprzek nurtu lub po skosie małego woblerka na delikatnym zestawie, gdy tor prowadzenia musi być skalkulowany co do kilku centymetrów, a potem błyskawiczne wyprowadzenie ryby na otwartą wodę, wymaga dużych umiejętności. Pojawiają się tutaj także klenie, na granicy nocy i dnia zaglądają sandacze, a w środku upalnego, letniego dnia harcują bolenie. Te gatunki mają niedaleko inną, znacznie ciekawszą dla siebie miejscówkę. Drzewo zaparło się gałęziami o twardy, piaszczysty garb, którego szczyt jest ok. 1,5 m pod powierzchnią. To twór przypominający twardą, jeziorową górkę. Jej łagodne spady schodzą do ok. 3 m. Trudność w tym, że drzewo oddalone jest od brzegu o ok. 40 m. Niczym małym się tam nie dorzuci. Więc o kleniach trzeba zapomnieć. W użytku będą tylko ciężkie, dalekosiężne przynęty w postaci boleniowych wahadłówek i dość mocno obciążonych gum. A tu już dowód na to, że nie powinno się uparcie trzymać stereotypów. Trzy poprzednie fotki zrobiłem w tym samym rejonie, na odcinku ok. 500 m. W pięciu to obławialiśmy, zaliczając tylko jakieś niewielkie okonki. Sandacze się nie pokazały, w podręcznikowych miejscach szczupaków nie było. Lechola jako jedyny, już na zakończenie dnia, postanowił popróbować inaczej. Średniej wielkości rippera posyłał w główny nurt, gdzie jest najgłębiej, ale woda nie sygnalizuje obecności jakichkolwiek przeszkód na dnie. I dlatego jako jedyny zszedł z tarczą. A myśmy nie wzięli pod uwagę, że to był początek grudnia, więc drapieżniki wolały poszukać grubej, spokojnej wody. Znowu Narew, końcówka maja. Miejsce, do którego z racji podmokłego, silnie zarośniętego brzegu bardzo trudno się przedrzeć. Co więcej – to jedyne takie miejsce na odcinku ok. 150 m. Na sukces można tam liczyć najwyżej do połowy czerwca, póki roślinność zanurzona do końca nie zdominuje tej maciupkiej zatoczki lub dopiero w październiku, gdy zielsko zbutwieje. Skarpa dlatego się trzyma, że stara, zwalona przez bobry wierzba jest silnie ukorzeniona. Właśnie korzenie nie pozwoliły kolejnym przyborom na zniwelowanie cypelka. Za to, w sobie wiadomy sposób, przyroda utworzyła maciupeńką, nieco przymuloną zatoczkę z głębokością ok. 1,5 m. Obłowić ją można tylko z jednego miejsca. O jakieś 8 m niżej (w prawo) mokry brzeg nieco się podnosi, maciupkim cypelkiem wrzynając się w nurt. Tylko stamtąd można posłać wabik w taki sposób, by spadł tuż po wierzbą, nie zaczepiając o wystające gałęzie drugiej, mniejszej wierzby. Co więcej – to miejsce tylko na bezwietrzną pogodę. Najmniejszy podmuch jak nie posadzi wabika na suchych badylach, to zepchnie w stronę środka. A wystarczy, że wpadnie o metr za daleko, gdzie już się robi piaszczysta łacha, by nie było szansy na branie. Czym wabić ryby? Wirówka nr 2 lub 3 ewentualnie wobler wielkości 4-7 cm. Przy tak niewielkiej głębokości w zasadzie można spodziewać się brania w każdej partii wody, bo start na półtora metra to dla szczupaka nie problem. Wolę jednak wirówkę. Precyzyjnie podana pod pień, z racji tego, że woda w zatoczce prawie stoi, od razu dojdzie do dna, wędkarzowi pozostawiając większe pole manewru. Jednak niewykluczone, szczególnie w pogodny, letni dzień, że zębaty będzie czatował pod powierzchnią, wygrzewając się na słońcu. Toteż prędzej zaatakuje to, co ma dosłownie przed nosem, niźli zejdzie o metr niżej. Więc lepszy będzie wobler. Tu, z racji odległości, już gorzej widać miejsce. Ale trochę da się dostrzec. Zerknijcie między gałęzie uschniętego krzaka. Na środku rzeki, przy bezwietrznej pogodzie, widać wyraźne zmarszczki na powierzchni. To sygnał, że na dnie coś zalega. Owszem, to kilka głazów, tworzących śródrzeczną rafę. Na godzinę przed zmierzchem i jeszcze dwie godziny po wschodzie rafa dostaje się we władanie sandaczy. Nie tych ledwie miarowych malców, dostępnych bliżej brzegu. Tam jak już coś się skusi na gumę, to będzie to co najmniej dwójka. Ale nie tak hop-siup, że dwa rzuty i jest ryba. Sandaczy coraz mniej, a w dodatku lubią się przemieszczać. Niekiedy wyjdą na żer dopiero grubo po zmroku, najadając się w kwadrans. Czyli w czasie, kiedy da się wykonać pięć, niechby dziesięć rzutów. Jeśli nie uda się „wstrzelić” w czas ich aktywności żerowej, to na branie nie ma co liczyć. Niestety, są dwa inne problemy. Po pierwsze odległość od brzegu, sięgająca ok. 50 m. Trzeba niezłego sprzętu i sporo doświadczenia, by trafić kilka metrów przed widoczne zakłócenie nurtu i przeprowadzić gumę między głazami czy tuż obok nich. W sumie to jest dziesięć, może piętnaście metrów przebiegu wabika, kiedy można liczyć na branie. Potem to już tylko jałowe ściąganie gumy do siebie, gdy atak niemal graniczy z cudem. Problem drugi to oczywiście rwania. Tak więc znowu tylko mocna, dobrej jakości plecionka, dzięki której da się rozgiąć hak. Szarpanie na żyłce, próby odstrzeliwania, a wreszcie niemal pewne rwanie, już po pierwszym razie może wypłoszyć ryby. Czysta wędkarska poezja! Zresztą okraszona sporą dawką surwiwalowych doznań. Oto piaszczysta, najeżona korzeniami skarpa. Niemal równie gwałtownie spadające dno wygląda podobnie, też pełne uwad. Spójrzmy jednak na te zwary, wyraźnie widoczne o 10 m od brzegu. Tworzą się za wysokim cypelkiem, z którego pstryknąłem fotkę. Co więcej, z cypelka wystaje pień zwalonego, zatopionego drzewa. Też mocno ukorzenione, więc kolejne przybory nie mogą się z nim uporać. Pod warkoczem nawet do 6 m wody. Skotłowanej, płynącej stosunkowo szybko. Dno twarde, przede wszystkim żwirowe. W zatoczce bliżej brzegu już nieco płycej, ale dno równie twarde. To oczywiście królestwo sandaczy, a nocami także suma. Niestety, nocne łowy w tym miejscu tylko dla największych ryzykantów. Z wysokiej skarpy zbyt łatwo objawić się w wodzie. A tu już na drugim metrze od brzegu jest ze dwa metry rwącego, kręcącego nurtu. Tu nawet przy doskonałej widoczności, jeśli komuś chce się wędrować na styku skarpy i wody, trzeba uważać na każdy krok. Szczególnie, że burta piaszczysta, więc można widowiskowo zjechać. Jeszcze trzeba mieć na uwadze, że spadek dna jest prawie tak samo stromy, więc kąpiel w woderach może zakończyć się tragicznie. W ten dół posyłam tylko mocno obciążone gumy. 10 g zwykle nie wystarcza, by opukać dno, więc 15 g to minimum. Ale też i ostro nurkujące woblery. Nie tyle dla sandaczy, co dla szczupaków. Te siedzą bliżej brzegu, wybierając spokojniejsze rejony z mnóstwem cieni prądowych. Są i okonie, naprawdę grube. Trafiają się bardzo rzadko, ale gdy się któryś połakomi na sandaczową gumę, to nie ma mniej niż 30 cm. Owszem, kręci się ich trochę przy samej burcie, niemniej będą to sztuki nie większe niż 25 cm. Spójrzmy jeszcze na ledwie widoczne, na dalszym planie, patyki wystające z wody, te pod pochylonym drzewem. Na kolejnej fotce to samo, z przybliżenia. Pomyśleć, ledwie ze 20 m dalej, a taka zmiana nastroju. I rybostanu. Tu już maleńkie królestwo jazi. Co prawda nie łowię ich w sposób celowy, niemniej miło siąść i popatrzeć, gdy zaczną oczkować tuż przy patykach i odrobinę za nimi. Poczekałem kiedyś, schowany za krzakiem. Uff! Pokazywały się kabany po 2 kg, może nawet więcej. Kilka mniejszych sztuk, na przestrzeni paru lat, przypadkiem jednak się trafiło. Przypadkiem, bo celowałem w lubiące się tam zakręcić okonie. Niekiedy podchodzą niewielkimi stadkami takie „patelniaczki” po ok. 25 cm. One też lubią się posilić drobnicą buszującą między patykami a brzegiem. Niestety, wiaterek był dość silny, więc na zmarszczonej wodzie niewiele widać. Po uważnym wpatrzeniu się (nie w Olgierda, ona tam tylko gumy koncertowo rwał) można dostrzec niewielkie zakłócenia nurtu, widoczne dokładnie nad kapeluszem Ola. Tu, na odcinku kilkudziesięciu metrów, rzeka załamuje się nad serią zwalonych, leżących w poprzek nurtu, potężnych pni. Prawdopodobnie dęby. Miejsce mało uczęszczane, bo dojechać nie sposób (kopny piach), grunciarskiego czy spławikowego majdanu nie chce się dźwigać przez kilkaset metrów. W dodatku łowisko piekielnie przynętochłonne. Nawet przy mocnej plecionce trzeba się liczyć z wielkimi stratami. Czy warto? To na pewno królestwo sandaczy, także i grubych sumów. Oczywiście trzeba jeszcze trafić w czas aktywności żerowej. I oczywiście być zaopatrzonym w spory zapas przynęt, tudzież odporność psychiczną na szybkie uszczuplanie zawartości pudełek. Można też odpuścić sandaczom i przy pomocy woblerów czy wirówek zapolować, tuż przy skarpie, na szczupaki i okonie. Dość gwałtowny spad tuż przy brzegu, obfitujący w liczne występy czy oderwane od skarpy kępy darni, stanowią znakomitą bazę wypadową dla lubiących maskowanie drapieżników. Dlatego pamiętać należy o jeszcze jednym: przypony antyzębowe. I Olo się zdziwił, i ja też, gdy dosłownie pod nogami, przy ściąganiu gum posyłanych między zwalone pnie, zaatakowały szczupaki. Pstryk! – i po zawodach. Wiem, że rwanie na pniach, gdy suma strat jest powiększana o nietanie przypony fluokarbonowe, staje się zdecydowanie bardziej bolesne. Ale coś za coś. Czyż bowiem nie boli, gdy dwójkowy szczupak, po paru godzinach bezskutecznego biczowania wody, obcina jedną z ostatnich gum? Oto woda – marzenie dla wyznawców wszystkich „jedynie słusznych” metod wędkowania. To okolice wsi Ponikiew, lewy brzeg. I ubiegłoroczne zawody spławikowe z cyklu Maver Cup. Zwróćcie uwagę na ten długi, łagodny łuk. Ciągnie się on jeszcze wyżej, poza kadr, zaś niżej jest jeszcze z pół kilometra takiej samej wody. To bardzo długa, żwirowo-piaszczysta, miejscami kamienista, przybrzeżna rynna o głębokości 3-4 m. W wakacje szalenie trudno znaleźć tam wolne miejsce, bo na całej długości, czyli prawie 2 km brzegu, wyrasta miasteczko namiotowe, ale do czerwca, potem od września, to raj dla wszelkiej maści wędkarzy. Spinningista, jeśli chce obłowić każdą z ciekawszych miejscówek, nie wyrobi się w ciągu jednego dnia. Jest tu bowiem tak wiele miejsc, że szalenie trudno się zdecydować, gdzie stanąć. A w każdym z nich można popróbować gum wszelkiej maści, woblerów i praktycznie wszystkich przynęt, które człowiekowi udało się wymyślić. Bywa, że przy tym samym zwalonym drzewie tuż pod burtą czai się szczupak, nad jego głową, przy gałęziach, urzęduje stadko jazi czy kleni, walnie boleń. Dziesięć metrów dalej, już w rynnie, warto poszukać sandacza, a i sum się trafi. Ale w tej rynnie kręcą się też i grube szczupaki, nieobecne przy brzegu, więc przeciwzębowy przypon staje się koniecznością. Niestety, ten odcinek czasy świetności ma już za sobą. Od początku lat 90 wali tam całe środkowe i północno-wschodnie Mazowsze, a widywałem już rejestracje wielkopolskie czy poznańskie. W dodatku to rejon, gdzie niemal w każdy weekend odbywają się zawody, głównie spławikowe. Toteż kilkusetmetrowe odcinki brzegu bywają wyłączone z wędkowania. Jak wspomniałem – już po czasach świetności. Chyba człowiek nie zdołał wymyślić nic, czego tamtejsze ryby nie widziały. Codziennie sypią się do wody setki kilogramów zanęt, codziennie śmiga w toni kilka setek wszelkiej maści przynęt spinningowych. Dopiero jesienią, gdy presja zmaleje i brzegi opustoszeją, naprawdę warto tu zapolować. Na gruby białoryb lub coraz bardziej nieliczne, lecz stosunkowo spore drapieżniki. Miejsce z pozoru nieciekawe, prawda? To akurat królestwo Bysiora, czyli Borsuki n. Narwią. Tyle, że do tego „królowania” przyznawać się będzie co najmniej kilkuset innych wędkarzy, tłumnie walących tu przez cały sezon. Szczególnie, że tuż obok jest rybaczówka PZW, z możliwością wynajęcia pokojów i stołowania się w stosunkowo niedrogiej knajpce. Wróćmy do miejsca. Otóż tu na powierzchni wody prawie nic nie widać. Prawie żadnych załamań, zawirowań itp. A to dlatego, że tuż przy brzegu zaczyna się gwałtownie opadająca, prosta, twarda rynna. Trzeba stanąć tuż nad wodą, by dostrzec, że pierwsze trzy metry to łagodny, piaszczysty skłon, który niemal natychmiast zamienia się w gwałtowny spad. O czym zresztą Tomek się przekonał, wykonawszy o jeden krok za daleko. Co poskutkowało jesienną kąpielą, w opakowaniu, aż prawie do ramion. Mnie się udało, bo zrobiłem tylko pół kroku za daleko i miałem wodę w jednym z woderów. Zapewniam jednak, że wyjść bardzo trudno. Piaszczysty, gwałtowny spad jest stosunkowo miękki, więc podchodzenie pod górkę, szczególnie gdy w woderach pełno, staje się arcytrudnym zadaniem. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie z braku charakterystycznych śladów na wodzie, a też z racji tego, że na kilkuset metrach brzegu dno jest niemal niezmienne, nie trzeba zbyt mocno kombinować z przynętami. Zważywszy na fakt, iż można tu liczyć praktycznie na wszystkie ryby spinningowe, dobór wabika determinowany będzie przez to, na jaki gatunek się nastawimy. Jeśli jaź, kleń, okoń czy niezbyt duży szczupak, to raczej blisko brzegu, przy linii roślinności wodnej, na spadzie. Jeśli grubszy szczupak, sandacz czy sum, to oczywiście ciężej i dalej, w głównym nurcie. I jeszcze boleń: te biją praktycznie na całej szerokości rzeki. Zwykle im bliżej brzegu, tym mniejsze. Podręcznikowe miejsce, prawda? A figa! Dwie mini zatoczki, rozgraniczone przez wystającą skarpę, są niemal zupełnie jałowe. Ponad dwadzieścia lat tam zaglądam, mając na rozkładzie z tych miejsc najwyżej ze trzy szczupaczki i trochę drobnych okoni. A wszystko przez układ dna, łatwy do sprawdzenia przy pomocy mocno obciążonej gumy. Otóż przybrzeżny spadek, który zdaje się dość ostry, natychmiast się kończy prawie płaskim blatem z metrową wodą. Dopiero z piętnaście metrów dalej zaczyna się kolejny, dość stromy schodek do czterometrowej, piaszczystej rynny. Jednak próżno w niej szukać drapieżników. Za to warto stanąć z bolonką, znaleźć tę oddaloną rynnę, dokładnie wygruntować i... naprzód! Jeśli precyzyjnie położy się mocno obciążoną i sklejoną zanętę w sporej ilości, to jest szansa na ściągnięcie grubych leszczy i płoci. Ze spinningiem nie ma po co wchodzić. Najwyżej, jak ja czasem to czynię, na kwadrans zaglądam tylko by się kolejny raz przekonać, że tracę czas. Nie wszystko złoto, co się świeci. Dlatego, na powierzchni nurtu nie widać nic, co mogłoby sugerować układ dna, nieodzowne jest wykonanie kilku, kilkunastu rzutów sondażowych. W tym miejscu woda wygląda niemal identycznie jak w poprzednio opisanym miejscu w Borsukach. Jednak już pierwsze kilka pociągnięć mocno obciążoną gumą pozwolą się przekonać, jak wielkie są różnice. Urokliwy zakątek, urokliwy widoczek, prawda? Warto być nad wodą o świcie, nie tylko z powodu ryb. Warto też się przedzierać przez gęstwinę krzaków, pokrzyw, jeżyn, dzikich malin, mokradło, gdzie nogi zapadają się w błocku do połowy łydki. Czy aby na pewno warto? W prawym dolnym rogu widać rzadkie listki. Tam, a jeszcze i kilka metrów dalej, w stronę środka, nie ma nawet metra wody. To się ciągnie na odcinku kilkuset metrów. Nawet o ukleję tu trudno, a cóż dopiero o drapieżnika. Więc po co przedzierać się przez krzaki? Spójrzmy więc w lewy dolny róg fotki. Przy samej krawędzi kadru, mimo lekkiego sfalowania powierzchni, widać niezbyt wyraźne zakłócenie nurtu. A to dlatego, że jest tam twarda, poprzeczna przykosa. Dno dość gwałtownie opada o 30-40 cm. Druga taka jest o ok. 400 m niżej. Obie mają ten sam charakter: zwykle siedzi tam przynajmniej jeden szczupak dyżurny, niekiedy kilka okoni – patelniaków i lubi zakręcić się boleń. Co ciekawsze – od czasu, gdy to odkryłem, czyli już z piętnaście lat, skuteczne bywają tam tylko dwie przynęty: DAM Libelle nr 2 o złotawej paletce i Salmo Minnow 6 cm imitujący bodajże strzeblę, ale od biedy kiełbiopodobny. Ewentualnie okoń, jeszcze czasem skusi się na „lepperkę” nr 1 lub 2. Jak to odkryłem? Włączył mi się szwendacz, to i znalazłem przejście przez krzaki. A to ze 300 m przedzierania się przez totalny sajgon. A przejście tylko jedno. Nie chciało mi się przedzierać z powrotem, więc będąc w spodniobutach, postanowiłem pójść przy brzegu. Szybko trafiłem na pierwszą przykosę i jeszcze szybciej wydłubałem stamtąd dwa szczupaki. Jeden pod dwójkę, drugi niewiele ponad wymiar. Poszedłem więc dalej, znajdując i drugą. Znowu szczupak. Ale... tak lekko nie ma. Mogłem albo wrócić do miejsca wejścia, albo iść dalej i poszukać możliwości wyjścia. Znalazłem, o kolejne pół kilometra dalej. Rzadko tam zaglądam, a to z racji trudności z przejściem. Mając też świadomość, że jeśli tamtejsze szczupaki są chwilowo nieobecne lub bez apetytu, to mam przynajmniej trzy godziny bezproduktywnego brodzenia po zarośniętej, miejscami grząskiej płyciźnie. I oto mamy maj i rozlewiska w Pogorzelcu. Kawał pięknej, przebogatej, urozmaiconej wody. Zdawałoby się, że każdy spinningista może się tam wyszaleć. Być może, ale nie w maju. Dopóki grążele nie zaczną wystawać na powierzchnię, dopóki między liśćmi a powierzchnią zostaje choć ze 20 cm wody, to praktycznie nie ma czego szukać na otwartej, głębszej wodzie. Lwia część zębatych urzęduje w gąszczu młodych liści. Na wyścigi z drobnymi okonkami obżerają się wylęgiem (prawy dolny róg fotki, na tle żółtego liścia). Nie muszą się uganiać, wystarczy w odpowiednim momencie otworzyć paszczę i zassać kilka, nawet kilkanaście takich „przecinków”. To jakby śniadanie podane do łóżka. Lecz gdy się trafi coś nieco większego, powoli przechodzącego tuż nad czatownią, w zasadzie nie powodując konieczności długiego skoku, to jeszcze lepiej. A tym „czymś” okazały się prowadzone pod samym wierzchem wirówki. Wodnick postawił wówczas na Black Furry nr 2, ja niezmiennie trzymałem się „lepperki” nr 3. W zasadzie wyniki mieliśmy niemal identyczne, czyli ok. 10 podwymiarków. Ale wreszcie trafił się i taki: Kilka dni później, z tego samego miejsca, choć grążele zdążyły podrosnąć i trudniej było poprowadzić blaszkę, trafił się ciut mniejszy. Tymczasem, co usłyszeliśmy od przystaniowego, do wielkiej rzadkości należało, by ktokolwiek zszedł nawet z ledwo miarowym szczupaczkiem. Bo większość wolała szukać głębiej, na otwartej wodzie. Skąd najwyżej dało się na paprocha wydłubać jakieś okoniątko. Tam zębate zaczęły zagryzać dopiero od połowy czerwca. Niestety, rok później, w tym samym grążelowisku, przy takich samych warunkach atmosferycznych, nie połowiliśmy. Zaledwie kilka szczupaczątek nie przekraczających nawet połowy wymiaru. Gdzie były te większe? Nie wiadomo. Na głębszej wodzie też ich nie było. Może więc tylko nie miały apetytu? Dodam, że w podobne grążelowiska lubię się zapuścić w środku lata, w słoneczne dni, ale musi być bezwietrznie, by falująca woda nie płoszyła wygrzewających się drapieżników, a wąskie tunele między liśćmi były doskonale widoczne. Warunek drugi – mocny sprzęt. Letnie grążele są już bardzo mocne, więc nawet na plecionce trudno je zerwać. Dlatego zestaw musi gwarantować możliwość błyskawicznego, siłowego wyholowania ryby. I ostatni warunek: precyzja rzutu i prowadzenia. Trafiać trzeba niekiedy w dwudziestocentymetrowe przerwy między liśćmi, prowadzić zygzakami, omijając plątaninę łodyg, w tunelach mających nie więcej niż pół metra szerokości. Rewelacyjnie może być wtedy, gdy uda się położyć blaszkę na liściu. Jeśli schował się pod nim zębaty, to z pewnością zainteresuje się, co mu pacnęło nad głową, a gdy sekundę później delikatnie ściągnięta blaszka zamigocze w opadzie tuż przed nosem, to atak jest niemal pewny. Nie polecam tej sztuczki nikomu o kiepskim refleksie i słabych nerwach. Pół sekundy spóźnienia z zacięciem przyniesie tylko gwałtowny skok adrenaliny i kocią mordę. Na koniec skrótowo zerknijmy jeszcze na znacznie mniejszą, za to bez porównania czytelniejszą, niewielką rzeczkę. Nieciekawe, prawda? W dodatku zachmurzone, grożące deszczem niebo, zaroszone trawy odstraszające nieprzyjemną, chłodną wilgocią... Spójrzmy jednak na to drzewko po lewej stronie. Po przejściu stu, czy więcej metrów brzegiem, skąd widać tylko pół metra wody nad piaskiem i prawie żadnego życia, nagle trafiamy na dołek ok. 1,5 m. Można popróbować i spinningu, bo w tym dołku niemal na pewno siedzi szczupak. Wolałbym jednak jedną leciutką, krótką wędkę z maciupkim spławikiem i równie króciutką wędkę żywcową. Najlepiej z kiełbiem, choć na upartego może być i płotka. Pod spławik – żadnej zanęty! Najwyżej pół garstki rozmoczonych płatków. Na haczyk zaś najlepiej kulka ciasta. Lubią to płocie. Niewielkie, zwykle maks. 25 cm. Jedynie wiosną, gdy wejdą tu ryby na tarło, można powojować z takimi 25-35 cm, ale trwa to najwyżej 2 tygodnie. Białe robaki nie będą się cieszyć wzięciem. Na czerwonego czy ochotkę owszem, płoć się skusi, ale szybsze będą okoneczki i jazgarze, więc szkoda nerwów i czasu. Takie strugi mają jednak wielce pozytywną cechę. Otóż raz namierzony dołek niemal zawsze pozostanie w danym miejscu. Nawet trzymetrowe przybory nie są w stanie go zmienić. Owszem, może naniesie tam z 10 cm piasku, może o tyle samo zrobi się głębiej, niemniej w podobne miejsca, raz rozpracowane idzie się jak po swoje. Co ciekawsze – niemal zawsze stoi tam dyżurny szczupak. Na większego niż kilóweczka nie ma co liczyć. Ciekawe jednak, że po zabraniu jednego już następnego dnia zadomowi się tam kolejny, taki sam czy ciut mniejszy. Jeszcze jedno, jeśli przez kwadrans nie ma brań lub skubie tylko drobnica, to trzeba wędrować do następnego dołka. Odrobinę szersza rzeczka, kryjąca tysiące niespodzianek. Przepiękna, ale szalenie wymagająca. To nic, że zaraz za tym ukośnym pniem, dzięki krystalicznie czystej toni, dostrzeżemy ponad dwa metry wody, że idąc prawym brzegiem, zaglądając między krzaki porastające zakole, dostrzeżemy każdy szczegół i każdą rybę w miejscach niewiele płytszych, że choć czasem trzeba podawać przynętę „spod siebie”, bo krzaki przeszkadzają, to precyzyjnie możemy obłowić każdy pień, każdy zatopiony krzak, każdy dołek. Przy rzutach na 5-7 m, gdy jeszcze w polaroidach widać każdy ruch przynęty i każdą przeszkodę, można poprowadzić z dokładnością do kilku centymetrów. Problem w czymś innym. Ano w tej czystości właśnie. Każdy ruch na brzegu, każde trzaśnięcie patyka pod nogami, każdy chlupot i zmącenie lustra spowodowane brodzeniem, każdy cień padający na wodę, łączą się z nieodwracalną, błyskawiczną ucieczką ryb z promienia co najmniej kilkunastu metrów, a zważywszy jeszcze na wysokość i stromiznę brzegu oraz fakt, że przez porastające je mnóstwo roślin nie da się zejść po cichu, o rybach prawie można zapomnieć. Nie uciekną tylko drobne okonie i ciekawskie jelce, dosłownie pod nogami gotowe postukiwać w przynętę. A już to: to po prostu szczyt zaniedbania i braku myślenia. Niechby tam wówczas wrzucić i wiadro rybich smakołyków, to i tak by podeszły, być może, nie wcześniej niż pół godziny po odejściu bałwana, który, widocznym będąc jak na świeczniku, gimnastykował się rybom nad głowami. Dodam, że tym bałwanem okazałem się ja... ale cóż, jak się kilka godzin głęboko brodzi w piekielnie zimnej wodzie, a jeszcze kiedy nieustannie dmucha przeraźliwie zimny, porywisty, wschodni wiatr, to z powodu wychłodzenia mogły się skurczyć zwoje mózgowe... Niemniej i z tego mam nauczkę, wielce wskazaną nie tylko tam, lecz głównie na pstrągowych siurkach: jeśli to możliwe, to nie wchodzić do wody. Do maskowania się wykorzystywać każdy pień, każdą większą gałąź, krzak dzikich malin czy nawet kępę wysokiej trawy, a każdy krok stawiać tak, by nie trzasnęła żadna gałązka, nie zaszeleściło zielsko nieostrożnie rozgarniane butami. Cóż bowiem nawet i z mistrzostwa w czytaniu wody, skoro ryby uciekną, zanim człek zdąży podejść i popatrzeć? Wiele lat zajęło mi zrozumienie, jak ważnym elementem jest rozpoznanie wody. Nawet mimo tego, że ten odcinek (na fotkach z Narwi są powszechnie znane miejscówki z Gnojna, Ponikwi, Chmielewa, Lipy, Borsuków, wreszcie z obrzeży Pułtuska), liczący sobie ze dwadzieścia kilometrów biegu rzeki, z każdym rokiem stanowi dla mnie zbiór zagadek. Zrozumienie nadchodziło powoli, a jego postęp stał się odwrotnie proporcjonalny do malejącego pogłowia ryb i gwałtownie rosnącej presji wędkarskiej. Dawno skończyły się czasy, że miejscowy na widok stołecznej rejestracji robił wielkie oczy, a kiedy to złowienie kompletu szczupaków czy sandaczy w zasadzie nie było problemem. Kiedy dziwnym było, że z nocnej zasiadki nie trafił się sum czy kilka węgorzy, bądź przyzwoity sandacz. Ale wówczas w zasadzie nie było potrzeby pieczołowitego, cierpliwego poznawania wody. Miałem kilka miejsc bankowych, z dobrym dojazdem i dostępem do wody. Nie trzeba było uganiać się po mokradłach i krzakach, by skutecznie połowić. Jedno miejsce, najwyżej pięć i materiał na pyszną kolację był. Proces wyrybiania zaczął się na początku lat 90, gdy wpuszczono sieciarzy. Trzech lat wystarczyło, by sytuacja dramatycznie się pogorszyła. Gdy sieciarzy pogoniono, zaczął się powolny wzrost, lecz trzy lata temu wrócili, a dzierżawca tego obwodu rybackiego, czyli ZO PZW Mazowsze, głęboko w... ma głosy dziesiątków tysięcy wędkarzy. Wolą dać zarabiać dwom uprawnionym rybakom, łowiącym w tym rejonie, niźli uwzględnić głosy ludzi, za których składki mają pensje, delegacje, służbowe samochody itp. Stąd właśnie bierze się konieczność szukania czegoś dla siebie. Rozpracowywania niby niepozornych, niekiedy trudno odnajdywalnych miejsc, trudno dostępnych. W obliczu narastającej presji rybackiej i wędkarskiej po prostu chyba nie mamy innego wyjścia. Nawiązując do poprzedniego tekstu, o miejscach niby tajemnych, dopowiem jeszcze jedno. W większości narwiańskich miejsc, prezentowanych wyżej, nie jestem w stanie w kilku zdaniach określić ścieżki dostępu do nich. Weźmy fotkę z pajęczyną rozciągniętą na widełkach uschniętego pnia. Otóż samo trafienie do ścieżki, to ze sto metrów marszu między krzakami. Ścieżki nie ma, śladów nie ma. To tylko optyczna pamięć kilku charakterystycznych drzewek i krzaków. Gdzie i sam, pierwszy raz będąc w danym sezonie, miewam spore trudności z odnalezieniem drogi. Krzak podrósł, bobry ścięły ze dwa drzewa i dziękuję. Czasem z pół godziny motam się między krzakami i pokrzywami, zanim odnajdę właściwy kierunek. I tak jest co roku – trzeba na nowo odkrywać, odczytywać, sondować, rozpoznawać dno i układ nurtu, z rozczarowaniem konstatować, że znikł jakiś krzak moczący się niedawno w wodzie, że kawałek dalej nurt czy bobry położyły inne krzak czy drzewo... Ot, po prostu uroki wędkowania w dużych rzekach. Andrzej Bombola *Bombel* Dodaj odpowiedź do tematu... × Wklejono zawartość z formatowaniem. Usuń formatowanie Dozwolonych jest tylko 75 emoji. × Odnośnik został automatycznie osadzony. Przywróć wyświetlanie jako odnośnik × Przywrócono poprzednią zawartość. Wyczyść edytor × Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL. Wstaw grafikę z URL Przegląd komentarzy do art. 181 §1 kodeksu karnego Art. 181 §1 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny ( z dnia [dalej: „kk”] wskazuje, iż: kto powoduje zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Jak wskazano w odpowiedzi podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości – z upoważnienia ministra – na interpelację nr 390 w sprawie „nieprecyzyjności art. 182 ustawy Kodeks karny skutkującej niepociąganiem do odpowiedzialności sprawców zanieczyszczenia środowiska” jeżeli zachowanie sprawcy polega na dokonanym zniszczeniu w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, to odpowiedzialność karna sprawcy takiego czynu będzie rozpatrywana na gruncie art. 181 § 1 Kodeksu karnego. Wprawdzie pojęcie ˝szkody w znacznych rozmiarach˝ nie jest zdefiniowane w Kodeksie karnym, jednak w świetle opracowań w literaturze prawniczej oraz w orzecznictwie nie powinno ono nastręczać trudności interpretacyjnych. Kierując się powszechnie akceptowanymi metodami wykładni prawa, przyjąć trzeba, że dla określenia rozmiaru szkody znaczenie ma przede wszystkim rozległość przestrzenna szkody, a nie jej wartość kwotowa. Tak więc, przykładowo, zagrożenie lasu na obszarze kilku hektarów, zagrożenie ryb w rzece, jeziorze, stawie itp. wyczerpie znamię zagrożenia świata roślinnego lub zwierzęcego w znacznych rozmiarach. Zgodnie z Komentarzem (wyd. VII) do kk pod redakcją Marka Mozgawa przez zniszczenie należy rozumieć spowodowanie śmierci zwierzęcia lub rośliny (por. wyrok SN z dnia 24 czerwca 1993 r., III KKN 98/93, OSNKW 1993, nr 9-10, poz. 84; Górniok (w:) Górniok i in., t. 2, s. 171); przez uszkodzenie – naruszenie materii zwierzęcia lub rośliny. Czynu można się dopuścić zarówno przez działanie, jak i przez zaniechanie (Radecki (w:) Wąsek I, s. 611). Zaś znamieniem występku z § 1 są znaczne rozmiary zniszczenia, stanowiącego skutek czynu (przestępstwo materialne). Kryterium przyjęcia, czy zniszczenie ma znaczne rozmiary, jest przestrzenna wielkość zniszczonych lub uszkodzonych obiektów przyrody (por. wyrok SN z dnia 27 lipca 1984 r., IV KR 176/84, OSNPG 1985, nr 3, poz. 34; Bogdan (w:) Zoll II, s. 549-550; Górniok (w:) Górniok i in., t. 2, s. 171; Radecki, Ochrona gatunkowa…, s. 49-50; Radecki (w:) Wąsek I, s. 611; Nalewajko (w:) Królikowski, Zawłocki, Szczególna I, s. 450). W komentarzu do art. 181 §1 kk pn. „Administracja publiczna – człowiek a ochrona środowiska. Zagadnienie społeczno-prawne, pod redakcją: Marek Górski, Jolanta Bucińska, Monika Niedziółka, Roman Stec, Dorota Strus (Oficyna Wolters Kluwer business) czytamy również, iż: przedmiotem ochrony […] jest świat roślinny i zwierzęcy. Warto przy tym zauważyć, że pojęcie świata roślinnego i zwierzęcego nie są obecnie używane w polskim ustawodawstwie poza kodeksem karnym. Powodowanie zanieczyszczeń jako czynność wykonawcza polegać może na rozmaitych formach zachowania prowadzących do odpowiadającej znamionom czynu zabronionego dewastacji w świecie roślinnym i zwierzęcym. Ich katalog jest w praktyce nieograniczony […]. W kontekście art. 2 nie budzi wątpliwości, iż mimo że zwroty użyte ramach omawianego przepisu intuicyjnie zdają się wskazywać na działanie, przestępstwa tu opisanego dopuścić się można także w formie zaniechania […]. Odpowiedzialności z art. 181 §1 podlega nie jakiekolwiek zanieczyszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym, ale jedynie takie, którego następstwem jest zniszczenie w znacznych rozmiarach, czyli zniszczenie znacznej liczy roślin czy zwierząt na większym obszarze. Należy przez to rozumieć spowodowanie nieodwracalnych strat, które dotknęły wielkich obszarów roślinności (np. wycięcie lub doprowadzenie do wyschnięcia kilku hektarów lasu) albo wytrucie dużej liczby zwierząt (np. wytrucie ryb w jeziorze lub w stawie hodowlanym). W związku z tym każdorazowo należy odnosić spowodowaną szkodę do rzeczywistej szkody w zasobach świata roślinnego i zwierzęcego na konkretnym terenie, w konkretnych realiach przestrzenno-czasowych. Podobne stanowisko wyraża w swoich orzeczeniach Sąd Najwyższy, stwierdzając, iż o znacznych rozmiarach strat nie decyduje wielkość pieniężna strat, ile ich rozmiary. Nadto w publikacji Ius Novum 1/2008 ISSN 1897-5577 Oficyny Wydawnicza Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, w części autorstwa prof. dra hab. Wojciecha Radeckiego przeczytać można: Niszczenie roślin oraz zwierząt można i trzeba oceniać jako przestępstwo, ale dopiero po przekroczeniu owego progu „znacznych rozmiarów” czy też „istotnej szkody”. Bezspornie są to znamiona ocenne i zarazem nieostre. Powstaje przeto pytanie, czy można je „wyostrzyć”, sięgając chociażby do art. 115 § 5–7 wprowadzającego znamiona liczbowe w ten sposób, że najpierw definiują mienie znacznej wartości – przekroczenie dwustukrotnej wysokości najniższego miesięcznego wynagrodzenia (art. 115 § 5) i mienie wielkiej wartości – przekroczenie tysiąckrotnej wysokości najniższego wynagrodzenia (art. 115 § 6), po czym nakazują stosowanie tych mierników do określeń „znaczna szkoda” oraz „szkoda w wielkich rozmiarach” (art. 115 § 7). Próba „wyostrzenia” znamion z rozdziału XXII poprzez odwołanie się do art. 115 § 5–7 nie byłaby uzasadniona, co wynika z jednej z fundamentalnych dyrektyw wykładni prawa, opierającej się na założeniu, że w języku prawnym nie ma synonimów. Tę dyrektywę J. Wróblewski ujmował w sposób następujący: „Bez uzasadnionych powodów nie powinno się przypisywać różnym terminom tego samego znaczenia”15. W art. 181 § 1 i 4 oraz w art. 182-185 mamy „rozmiar”, a nie „wartość”, a w art. 181 § 2, 3 i 5 oraz art. 187 mamy szkodę „istotną”, a nie „znaczną” ani „w wielkich rozmiarach”. Nie ma żadnych uzasadnionych powodów przypisywania różnym terminom tego samego znaczenia, wprost przeciwnie – swoistości zniszczeń i szkód w świecie roślinnym i zwierzęcym są tak znaczące, że próba ich sprowadzenia do kryterium ilościowego biorącego pod uwagę „wartość” nie miałaby żadnego uzasadnienia. Zniszczenia i szkody w świecie roślinnym lub zwierzęcym są pod względem „wartości” wyrażonej w pieniądzu trudno mierzalne, a z reguły w ogóle niemierzalne. Dalej wskazano: przed wyprowadzeniem ostatecznych wniosków warto sięgnąć do rozwiązań spotykanych w nieco zbliżonej grupie przestępstw, jakimi są przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu. Najbardziej typowym przykładem takiego przestępstwa jest sprowadzenie pożaru. Art. 138 § 1 z 1969 r. zawierał znamię zagrożenia pożarem mienia w znacznych rozmiarach, art. 163 § 1 pkt 1 z 1997 r. zawiera znamię zagrożenia pożarem mienia w wielkich rozmiarach. Orzecznictwo sądowe i literatura na gruncie z 1969 r. doszły do w zasadzie powszechnie aprobowanego wniosku, że pojęcie mienia znacznej wartości i mienia w znacznych rozmiarach nie mogą być uznane za jednoznaczne. Przepis art. 138 nawiązuje bowiem nie do wartości mienia, lecz do jego rozmiarów. Nie inaczej jest na gruncie kodeksu obowiązującego. Najważniejsze z tego punktu widzenia orzeczenie sądowe to uchwała Sądu Najwyższego, której teza głosi: Zawarte w dyspozycji art. 163 § 1 znamię mienia w wielkich rozmiarach odnosi się do cech przestrzennych substancji materialnej objętej zagrożeniem – nie wyraża natomiast warunku odpowiedzialności w postaci określonej wartości tego mienia. Myśl ta ma za sobą długą tradycję, a także wsparcie w doktrynie rozwijającej się już na gruncie obowiązującego kodeksu. Tak więc „rozmiary” są interpretowane w znaczeniu przestrzennym, a nie „wartościowym”. Nie ma powodu, aby znamię zniszczenia w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach interpretować inaczej niż przestrzennie. […]. Spójrzmy zatem na poglądy komentatorów kodeksu karnego, którzy starali się pojęcie „znacznych rozmiarów” jakoś doprecyzować. Przegląd poprowadzę w chronologicznej kolejności ukazywania się komentarzy. W komentarzu autorstwa J. Wojciechowskiego pod art. 181 znalazło się następujące wyjaśnienie: „Odpowiedzialności z art. 181 podlega nie jakiekolwiek zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym, ale jedynie zniszczenie w znacznych rozmiarach, czyli takie, którego następstwem jest zniszczenie znacznej liczby roślin czy zwierząt na większym obszarze”. W komentarzu R. Górala odnośny jego fragment do art. 181 jest opatrzony następującą uwagą: „w znacznych rozmiarach – należy przez to rozumieć zniszczenie dużej ilości roślinności czy zabicie większej liczby zwierząt” Komentarz pod redakcją A. Zolla zawiera wywód autorstwa G. Bogdana pod art. 181 że „Zachowanie podmiotu czynu zabronionego winno cechować się uciążliwością dla całej biosfery, w szczególności zaś dla ekosystemu, którego naturalna równowaga zostaje zakłócona przez czyn zabroniony. Uciążliwości te nie mogą jednak występować nie tylko na skalę lokalną, lecz winny obejmować skutki istotne globalnie, godząc w byt biologiczny określonych gatunków roślin, zwierząt lub specyficznych ekosystemów”. W innym komentarzu O. Górniok pod art. 181 zawarła tezę 5 w brzmieniu: „Zniszczenie to musi przybrać znaczne rozmiary. Kryterium oceny tych rozmiarów, podobnie jak w wykładni tego zwrotu powtarzającego się w typach przestępstw przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu, jest nie tyle wartość majątkowa, co wielkość zniszczonych zasobów świata roślinnego lub zwierzęcego” . Komentarz A. Marka w tezie 2 do art. 181 zawiera myśl, że: „Do znamion przestępstw określonych w § 1 i 4 art. 181 należy skutek w postaci zniszczeń „w znacznych rozmiarach”. Należy przez to rozumieć spowodowanie nieodwracalnych strat, które dotknęły wielkich obszarów roślinności (np. wycięcie lub doprowadzenie do wyschnięcia kilku hektarów lasu) albo dużej liczby zwierząt (np. wytrucie ryb w jeziorze lub stawie hodowlanym)”. W świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego nie tyle decyduje o tym wielkość pieniężna strat, ile ich rozmiary. Jeszcze inną koncepcję zaprezentowali J. Kaczmarek i M. Kierszka. Ich zdaniem: „zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach” obejmuje także przypadki, w których będziemy musieli przeanalizować „rozmiar” pod kątem znaczenia roślin czy zwierząt, czyli zbadać kwestię podlegania ochronie gatunkowej i częstotliwości ich występowania. Trudna bowiem do przyjęcia byłaby sytuacja, w której z art. 182 zakwalifikowano by czyn sprawcy, który zagroził zniszczeniem w jeziorze populacji pospolicie występujących ryb, którą stosunkowo łatwo można byłoby odtworzyć, natomiast nie odpowiadałaby z tego artykułu osoba, która zagroziła takim samym czynem kilku żółwiom błotnym, które występują w Polsce już w bardzo niewielkiej ilości.

czytać w rzece rozumieć ryby